gazeta "Słonecznego Domu"

gazeta "Słonecznego Domu"
To gazeta mojego Środowiskowego Domu Samopomocy "Słoneczny Dom" z Ursusa. Okładka jednego z archiwalnych numerów. Dostępna na https://sites.google.com/view/sdsursus/alternatywa

niedziela, 28 kwietnia 2019

wyniki testu DNA

Zrobiłem sobie i szwagrowi badanie na Przybliżone Pochodzenie Etniczne. Skorzystałem z usług firmy MyHeritage. Musiałem czekać na wyniki trzy dni dłużej niż Michał, co dość mocno mnie poirytowało. W końcu się jednak doczekałem.

Zacznę od tego, że moim zdaniem nie ma wyników dobrych i złych. Są tylko bardziej lub mniej ciekawe. Moje należą chyba do tych mniej ciekawych, są bowiem bardzo jednolite. Może jednak ta jednolitość również jest ciekawa.

Oto moje wyniki: mam aż 99,1 procent genów Europejczyków z Europy Wschodniej (przy czym my, Polacy, nazywamy ten rejon Europą Środkowo-Wschodnią) oraz 0,9 procent genów Bałkańczyków. U Michała prezentuje się to dużo bardziej różnorodnie: 46.6 proc. Europejczycy z Europy Wschodniej, 33.5 proc. Bałkańczycy, 15.2 proc. Bałtowie i 4.7 proc. Finowie.

Nie znalazłem nikogo z bliskiej ani dalszej rodziny, ponad tysiąc osób zostało sklasyfikowanych jako moi odlegli krewni (nie bliższy niż ósmy stopień pokrewieństwa). Co ciekawe, mimo braku genów skandynawskich czy fińskich, zaskakująco dużo odległych krewnych pochodzi z krajów skandynawskich, a zwłaszcza z Finlandii i Szwecji.

Teraz garść statystyk, w których przedstawię, kto spośród przebadanych w MyHeritage ma DNA najbardziej zbieżne z moim. Przede wszystkim - DNA każdego człowieka z każdym pokrywa się w 99,9%. Różnić się może 0,1% i teraz przedstawię zbieżności w ramach tego 0.1%, które na ogół się różni. Najwięcej wspólnego DNA z moim ma Norweżka Viktoria Rand - 0,7% (47,5 centymorganów). Również z nią mam najwięcej wspólnych segmentów - siedem. Co ciekawe, z nazwisk jej przodków raczej nie wynika, by miała dużo słowiańskiego pochodzenia. Nazwiska są germańskie, tylko jedno tak jakby rosyjskie. Najdłuższy pojedynczy segment wspólny z moim ma natomiast Stanisław Włosek - 34,5 centymorganów. Minimalnie mniej ma Urszula Ree z domu Karolak. Jak więc widać, pokrewieństwo z Polakami "daje się mocno we znaki".

Na koniec dwa "światłe" spostrzeżenia. Po pierwsze, okazało się, że raczej nie mam "egzotycznych" przodków i uważam, że to również jest wartościowa informacja. Po drugie, mówiąc "pół żartem, pół serio", zwolennikom czystości rasowej chyba bardzo spodobałby się mój wynik (przypominam: 99,1 procent genów Europejczyków z Europy Wschodniej).

poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Opowiadanie o Marii

TYTUŁEM WSTĘPU
Piszę ten wstęp w kwietniu 2019 roku. Samo opowiadanie napisałem natomiast w marcu lub kwietniu roku 2011, a więc osiem lat wcześniej. Przez ten czas nikomu go nie pokazywałem. Dlaczego tak długo trwało, zanim zdecydowałem się na upublicznienie „Opowiadania o Marii”? Kiedy to pisałem, dużo sięgałem do Biblii i w pewnym momencie zorientowałem się, że prawdopodobnie połączyłem historie co najmniej dwóch osób – Marii Magdaleny i Marii z Betanii. Miałem ochotę schować się ze wstydu. Dopiero niedawno, analizując tekst biblijny, zauważyłem drobniuteńki szczegół, który przywrócił moją wiarę w to, że Maria Magdalena i Maria z Betanii to jednak mogła być ta sama osoba. Nie można tego zakładać, ale jednak nie jest to niemożliwe. Chodzi o to, że nawróconą jawnogrzesznicę z Łukasza 7, 36-50 zawsze utożsamiałem z Marią Magdaleną (choć nie ma na to dowodu), natomiast kobietę, która namaściła Jezusa w Betanii (Mateusza 26, 6-13; Marka 14, 3-9; Jana 12, 1-8) z Marią z Betanii. Okazało się, że oba te wydarzenia miały miejsce w domu niejakiego Szymona. Bardzo prawdopodobne, że Szymon to była ta sama osoba. Nie wiadomo, czy było to jedno, czy dwa różne wydarzenia – w moim opowiadaniu oddzielam te wydarzenia, wychodząc z założenia że Ewangelie to dzieła teologiczne, które nie muszą być idealnie ścisłe historycznie. Zresztą nie wypieram się tego, że moje opowiadanie to przede wszystkim dzieło mojej bujnej wyobraźni. Spokojnie, nie mam urojeń, że doznałem jakiegoś „boskiego natchnienia”, które sprawiło, że odtworzyłem prawdziwą historię Marii Magdaleny.
Chcę poruszyć jeszcze jedną kwestię. Otóż, kiedy straciłem przekonanie do pisania tego tekstu, bo uznałem za pewnik, że Maria Magdalena i Maria z Betanii to dwie różne osoby, przerwałem pisanie, choć miałem w planach jeszcze sporo treści. Uznałem, że nie będę teraz na siłę kończył tego opowiadania, bo widzę, że w bardzo fajny sposób się złożyło, że tak naprawdę można było je skończyć właśnie w tym momencie. Nie chcę ze szkodą ulepszać tego, co już jest moim zdaniem dobre. Zapraszam zatem do czytania :-) .

OPOWIADANIE O MARII
Maria Magdalena miała ciężkie i smutne życie. Nie miała powodów, by mieć nadzieję na cudowną odmianę, ale pewnego dnia nieoczekiwanie pojawił się w jej życiu On. Był to Jezus Chrystus. Stało się to w chwili, kiedy wydawało się, że nie można być już głębiej poniżonym i że zaraz dojdzie do wydania wyroku śmierci na Marię.
Maria szybko została wdową. W tamtych czasach takie kobiety miały szczególnie ciężko. Na dodatek posiadała dziecko i musiała coś zrobić, żeby zapewnić mu chleb. Bardzo kochała swojego synka i nie wyobrażała sobie, że mógłby on cierpieć głód. Chciała mieć pieniądze dla niego, nie dla siebie. Uznała, że jedynym wyjściem jest prostytuowanie się. Nie miała wysokich żądań finansowych, ale jej klienci czasem byli hojni. Trochę zarabiała. Czuła ogromną radość, kiedy jej synek cieszył się z przynoszonych do domu smakołyków i jadł je. Łapały ją jednak ciężkie wyrzuty sumienia, miała niechęć do samej siebie, i, co najgorsze, była napiętnowana przez społeczeństwo. Nikt jej nie szanował, czasem wytykano ją palcem na ulicy.
Kiedy jej syn dorósł i zaczął pracować, zastanawiała się poważnie, czy nie zrezygnować z nierządu. Doszła jednak do wniosku, że i tak do końca życia w oczach wszystkich pozostanie dziwką. Była przekonana, że jest bardzo złym człowiekiem. Sama miała takie zdanie o sobie, a w dodatku nie raz to słyszała zarówno od krewnych, jak i od obcych ludzi. Klienci przeważnie byli w porządku, ale zdarzali się i tacy, którzy ją gwałcili i poniżali podczas stosunku. Kiedy ją krzywdzono, płakała po cichu, nie zdradzając powodu. Mieszkała wspólnie z siostrą Martą, odkąd syn się usamodzielnił, bo nie chciała żyć sama. Marta kochała ją, ale miała jej za złe, że prowadzi grzeszne życie i niszczy dobre imię całej rodziny. Maria miała też brata, Łazarza, którego bardzo kochała.
Bardzo ciężko przeżywała fakt, że jest nierządnicą i wynikające z tego napiętnowanie. Czuła się bezsilna. W swoich modlitwach prosiła Boga o pomoc, błagała o przebaczenie, nie skarżyła się na ciężki los, bo uważała, że sama jest sobie winna.
Pewnego dnia doszło do prowokacji. Przyszedł do niej mężczyzna, którego nie znała, i zaproponował pieniądze za seks. Zawsze bała się nowych, ale, ponieważ nie zwykła odmawiać, zgodziła się. Po chwili została pochwycona przez faryzeuszy i uczonych w Piśmie. Zabrali ją siłą i poszli w kierunku świątyni. Maria była przerażona. Ale okazało się, że tym razem Bóg zesłał na nią nieprawdopodobnie wielką łaskę. Za chwilę miała po raz pierwszy spotkać Tego, który odmienił jej życie.
Oprawcy trzymali Marię bez szacunku. Bolało ją, bo byli bardzo niedelikatni. Szydzili z niej, poczuła, jak ktoś w nią plunął. Grożono jej śmiercią. Ale ona nie obwiniała ich, tylko siebie. Miała poczucie, że po prostu zasługuje na takie traktowanie. Bała się bardzo, ale czuła, jak Ktoś ją pociesza w sercu: „Mario, zaraz będzie lepiej, wytrzymaj jeszcze moment”.
Gdy grupa dotarła do świątyni, było tam dużo ludzi. Wszyscy słuchali w ciszy Jednego z nich. Był nim Jezus Chrystus. Wtedy dostojnicy żydowscy przepchali się przez tłum, trzymając przy sobie i szarpiąc Marię. Postawili ją pośrodku ludu, tuż obok Jezusa. Ogłosili wobec wszystkich, że ta oto kobieta właśnie została przyłapana na cudzołóstwie. Czuła się niewiarygodnie poniżona, wręcz zeszmacona. W dodatku nie wiedziała, o co chodzi, ale Jezus wiedział. Wiedział, że faryzeusze chcieli, żeby zgodnie z Prawem Mojżeszowym kazał ukarać Marię śmiercią przez ukamienowanie. To zresztą zasugerowali i Maria zamarła z przerażenia. A ponieważ Prawo Rzymskie nie karało śmiercią cudzołóstwa, można by było oskarżyć Jezusa o popełnienie przestępstwa. Jezus zrozumiał ich podstęp i zaczął ostentacyjnie ignorować oskarżycieli Marii. Nachylony, pisał palcem po ziemi. Ponieważ nie przestawali Go dopytywać o tę sprawę, w końcu im odpowiedział: „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień”. Nic lepszego nie można było powiedzieć. Z powodu braku argumentów oskarżyciele Marii szybko się rozeszli z okolic świątyni. Wtedy Maria znalazła się sam na sam z Jezusem. Czuła ogromną ulgę i miłość do Jezusa. Jezus spytał się retorycznie: „Nikt cię nie potępił?”. Ona potwierdziła: „Nikt, Panie”. Usłyszała odpowiedź: „I Ja ciebie nie potępiam. Idź, a od tej chwili już nie grzesz!”
Maria nie próbowała dłużej rozmawiać z Jezusem. Poszła. Czuła w środku ogromną radość. Jej życie nabrało nowego sensu. Postanowiła zmienić się na lepsze. Grzecznie odmawiała wszystkim potencjalnym klientom i spostrzegła, że może skończyć z nierządem. Momentami nie dowierzała, że Ktoś, kto ma wśród ludu tak ogromny autorytet wziął ją w obronę i uznał za kogoś wartościowego. Bardzo pragnęła spotkać się z Nim kolejny raz, bo łaknęła pociechy i wsparcia, a także była w Nim zakochana. Bała się jednak spojrzeć Mu prosto w oczy. Bardzo pragnęła być z Nim, ale jednocześnie bardzo się lękała, bo Jezus był nieustannie czymś zajęty i ciągle przebywał wśród ludzi. Wiedziała, że będą ją odrzucać i przykro jej się robiło na myśl o pogardzie, która ją czeka, jeśli zbliży się do Jezusa.
W końcu postanowiła, że jednak pójdzie do Jezusa, gdy nadarzy się okazja. Bardzo chciała Mu podziękować, ale nie wiedziała jak. Doszła do wniosku, że może tylko pokazać, jak bardzo Go kocha.
Pewnego razu dowiedziała się, że Jezus przebywa u pewnego faryzeusza. Miała przy sobie flakonik olejku. Nie zważając na konsekwencje, weszła do domu, w którym byli i zaczęła spontanicznie płakać. Oblewała łzami Jego nogi i wycierała je włosami swojej głowy. Całowała Mu też stopy i namaszczała je olejkiem. Faryzeusz, widząc to, zgorszył się, że Jezus pozwala nierządnicy dotykać się. Maria bała się bardzo, ale czuła się nieprawdopodobnie szczęśliwa, że Jezus nie odepchnął jej od siebie. A kiedy powiedział faryzeuszowi, że ona udowodniła, że bardzo Go kocha, a on tego nie zrobił, zorientowała się, że Jezus całkowicie zrozumiał jej intencję. Jej chodziło tylko o pokazanie miłości. Po chwili Jezus odpuścił Marii grzechy.
Maria poczuła się na tyle pewnie, że pomyślała: „A może ja też Go mogę zaprosić?” Kiedy Jezus wyszedł z domu faryzeusza, powiedziała Mu: „Mieszkam tu, w Betanii razem z siostrą. Jeśli chcesz, możesz do nas przyjść”. Jezus z wielką radością na to przystał i powiedział, że gdy następnym razem przyjdzie do Betanii, na pewno je odwiedzi.
Pewnego razu Jezus zapukał do domu Marty i Marii. Otworzyła Marta, zawsze ona to robiła, bo Maria była napiętnowana przez ludzi i trochę się chowała. Maria ucieszyła się niezmiernie z przybycia Jezusa, siadła u Jego nóg i słuchała Jego nauki. Marcie to się nie podobało i zwróciła uwagę, że Maria zostawiła ją samą przy usługiwaniu. Ale Jezus powiedział, że to Maria wie, co jest naprawdę ważne. Wzruszyło ją, że Jezus ciągle ją broni przed zarzutami tych, którzy w powszechnej opinii są mądrzejsi od niej, a w rzeczywistości jest odwrotnie.
Ostatecznie Jezus przenocował u Marty i Marii. Otrzymał zapewnienie, że jeśli tylko będzie potrzebował, dadzą Mu nocleg. Poznał też Łazarza.
Jeszcze przed pożegnaniem wyrzucił z Marii duchy nieczyste, które ją dręczyły. To odmieniło jej życie. Nie miała już natręctw seksualnych, które wcześniej tak bardzo zamącały jej spokój. Zrozumiała, że jej stare grzechy zostały naprawdę odpuszczone.
Jezus stał się dla niej całym sensem życia. Postanowiła nie zważać na niechęć ze strony ludzi znających jej przeszłość. Dołączyła do Mesjasza i Jego Apostołów. Zaczęła chodzić z nimi po Jerozolimie, a także po miastach i wsiach, gdzie Jezus głosił Ewangelię. Wspólnie z kilkoma innymi kobietami usługiwała im, wydając na to swoje mienie. Jezus zżył się również z Martą i Łazarzem, bo często przebywał u nich w Betanii, a oni chętnie dawali Mu u siebie nocować. Maria pożegnała się z Jezusem, kiedy opuścił Judeę, ale otrzymała zapewnienie, że niebawem do nich wróci.
Maria żyła w czystości. Cały czas myślała o Jezusie. Tęskniła za Nim bardzo, ale była cicha, nie skarżyła się, że czuje się samotna. Zastanawiała się, jak to będzie. Wierzyła już całym sercem, że Jezus jest Mesjaszem, wierzyła w każde słowo z nauki, którą jej przekazał. Robiła wszystko, żeby żyć zgodnie z Jego nakazami. Ale wiedziała, że Go kocha. I widziała, że On też patrzył się na nią pełnym miłości spojrzeniem. Bała się Go zapytać, co On do niej czuje. Myślała sobie też w sercu: „To, że jest moim Przyjacielem, już jest niepojętym szczęściem. Ale uczynię wszystko, żeby w życiu wiecznym, o którym tak pięknie mówi, być szczególnie blisko Niego”. Odkąd była wolna od złych, nieczystych duchów, już nie czuła tak silnego pragnienia, aby z Nim obcować, i sama z siebie jako pierwsza nigdy by się nie przyznała, że kocha Go jako mężczyznę. Czekała, aż On to powie. Bała się też o Niego, bo dochodziły do niej słuchy, że są ludzie, którzy planują Go zabić. Myślała: „Gdyby mnie nie zapewniał o zmartwychwstaniu i życiu wiecznym, bałabym się, że już Go nigdy nie zobaczę”.
Pewnego dnia wiara Marii została wypróbowana. Zaczęło się od choroby jej brata, Łazarza. Wspólnie z Martą posłały do Jezusa wiadomość o tym, bo Łazarz również dla Niego był wielkim przyjacielem. Jezus nie wahał się przybyć do Betanii ani chwili, mimo, że w jej okolicach przebywali ludzie, którzy wcześniej próbowali Go ukamienować. W międzyczasie Łazarz zmarł. Maria wierzyła, że Jezus może go wskrzesić, choć nie była świadkiem żadnego z wcześniejszych cudów wskrzeszenia. Łazarz od czterech dni znajdował się w grobie, kiedy Jezus dotarł do Betanii.
Maria czekała na Jezusa w domu, Marta poszła, aby Go powitać. Kiedy już się z Nim spotkała, poszła po Marię. Powiedziała do niej, że nauczyciel jest i woła ją. Serce Marii zaczęło łomotać z powodu silnych uczuć, które się pojawiły. Błyskawicznie wstała i szybkim krokiem wyszła Jezusowi na spotkanie. Jezus ciągle stał w tym samym miejscu, w którym spotkał Martę. Kiedy Go ujrzała, padła Mu do nóg i rzekła do Niego: „Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł”. Płakała przy tym tak tkliwie, że Jezus rozrzewnił się. Był On dla Marii oparciem całego jej życia i kochał ją bardzo mocno. Czuł wielkie wzruszenie, że Maria ufa Mu jak dziecko i wierzy, że jako Mesjasz jest w stanie uczynić wszystko. Właśnie ogromna wiara Marii przesądziła o tym, że mógł wskrzesić Łazarza, już od czterech dni leżącego w grobie. Ona sama nie zdawała sobie z tego sprawy, bo myślała, że to wyłącznie od woli Jezusa zależy, komu pomoże swoją mocą. Tymczasem kluczową sprawą było to, czy człowiek wierzy, że może otrzymać od Niego pomoc. Płakała i ona, i Jezus. On jednak wiedział, że wkrótce dokona cudu.
Chrystus postanowił udać się do pieczary, w której pochowano Łazarza. Po usunięciu kamienia wzniósł modlitwę do Boga Ojca, modlitwę dziękczynną, bo wiedział, że Łazarz właśnie ożył. Jego powstanie z martwych pomogło wielu uwierzyć, że Jezus to Mesjasz, oraz za dowód, że wbrew twierdzeniom wielu znawców Pisma Bożego, życie ludzkie nie kończy się definitywnie z chwilą śmierci na ziemi, a człowiek posiada nieśmiertelną duszę. My, dziś żyjący, już tego dowodu nie potrzebujemy, bo możemy być tego pewni dzięki Zmartwychwstaniu samego Jezusa.
Cała wioska była w wielkiej radości, a miłość Marii do Jezusa jeszcze bardziej się pogłębiła. Była skłonna zrobić dla Niego wszystko, nawet znieść straszną mękę i oddać życie. Nie słyszała, że Jezus powiedział, że dokładnie to właśnie zrobi dla niej i wszystkich wierzących w Niego ludzi. Czuła jednak, że do tego dojdzie. Spodziewała się, że Jezus wkrótce zostanie zabity, bo rejestrowała, z jak wielką nienawiścią mówią o Nim liczni Żydzi, z których wielu należało do elity społeczeństwa.
Bardzo chciała być z Nim, rozmawiać, słuchać Jego mądrej mowy. W skrytości pragnęła się z Nim całować. Nie była jednak natrętna i nie narzucała się Mu. Rozumiała, że Jezus nie zawsze może mieć dla niej czas, bo ważni są dla Niego wszyscy ludzie. Wiedziała, że nie może się ciągle koło Niego kręcić, bo wtedy będzie blokować innym dostęp do Niego. Nie chciała też wyrobić sobie opinii Jego kochanki. Całym sercem Go kochała i robiła wszystko, żeby nie miał z jej powodu żadnych nieprzyjemności. Nawet nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo Jezus jej potrzebował. On też traktował ją jako jedyną, obok własnej Matki, doskonale miłującą Go duszę wśród tych, z którymi przebywał na ziemi.
Na sześć dni przed Paschą urządzono w Betanii, w domu Szymona Trędowatego, ucztę dla Jezusa. Przybył tam wraz z uczniami. Marta jak zwykle obsługiwała gości, a wśród zasiadających przy stole znajdował się Łazarz. Maria tymczasem była bardzo smutna, bo słyszała już, że arcykapłani i faryzeusze poczynili zakrojone na szeroką skalę działania zmierzające do zgładzenia Jezusa. Była pewna, że Go zabiją, i postanowiła jeszcze raz Mu pokazać, jak bardzo Go kocha. Miała zakupiony wcześniej za dużą cenę szlachetny i drogocenny olejek nardowy. Klęknęła przy Jezusie i namaściła Mu nim nogi, a następnie swoimi włosami otarła je. Cały dom napełnił się przyjemną wonią olejku. W tym momencie spotkała ją duża przykrość. Pojawiły się głosy, że zmarnowała trzysta denarów, bo tyle był wart ten olejek. Dla porównania, na trzysta denarów trzeba było przeciętnie pracować przez rok. Zasugerowano, że pieniądze ze sprzedaży olejku należałoby rozdać ubogim, tak jak nauczał Jezus. Maria była zdruzgotana. Znów poczuła, że wielu ludzi gardzi nią z powodu jej przeszłości. Pomyślała, że może rzeczywiście zrobiła coś złego. Po chwili jednak znów okazało się, że Jezus jest jej najlepszym przyjacielem. Po raz kolejny wziął ją w zdecydowaną obronę. Powiedział do najbardziej natarczywego: „Zostaw ją! Przechowała to, aby Mnie namaścić na dzień mojego pogrzebu. Bo ubogich zawsze macie przy sobie, a mnie nie zawsze macie”. Dodał jeszcze, że tak się troszczyli o biednych, a nie zwrócili uwagi na to, że sprawili Marii wielką przykrość. Maria nic nie powiedziała, czuła, że Jezus powiedział za nią wszystko. Była szczęśliwa, że ma Go jeszcze przy sobie i smutna, bo Jezus potwierdził całą jej obawę. Mówił o pogrzebie, więc wiedział, że niebawem czeka Go śmierć.
Judasz, ten, który najgłośniej obwiniał Marię i zarzucał jej rozrzutność, był bardzo urażony. Szatan podpowiedział mu, że może zemścić się na Jezusie za wszystkie zniewagi, jakich od niego doznał. Po zakończeniu uczty udał się do arcykapłanów w celu wydania Go im na śmierć. Za zdradę Mesjasza obiecano mu ustaloną przez Prawo cenę za niewolnika – trzydzieści srebrników.
Od tej pory szukał sposobności, aby Go wydać. Nadarzyła się ona, kiedy Jezus wraz z uczniami przybył do miasta, aby spożyć Paschę. Judasz wyszedł w trakcie uroczystości. Wrócił wraz ze zgrają nieciekawych typów uzbrojonych w miecze i kije, których poinstruował słowami: „Ten, którego pocałuję, to On. Jego pochwyćcie!”. Kiedy Go ujrzał, rzekł do Niego: „Witaj, Rabbi!”, a następnie dał towarzyszom znak pocałunkiem. Zaczynała się powoli męka Jezusa, która trwała aż do wydania ostatniego tchnienia na krzyżu.
Maria dowiedziała się o wszystkim od jednego ze świadków porwania. Wspólnie z Matką Chrystusa i kilkoma innymi kobietami przybyłymi z Galilei (ze względu na Święto Paschy wielu Galilejczyków było w tym czasie w Jerozolimie) znajdowały się wśród tłumu ludzi, który towarzyszył Jezusowi w drodze na Golgotę.
Kiedy Jezus konał na krzyżu, należała do tych, którzy byli blisko Niego. Czuła straszny ból, bo właśnie odchodził Ktoś, kto jej sercu był najbliższy i komu zawdzięczała wszystko, co dobrego się stało w jej życiu. Chciała wziąć na siebie choć część męki i poniżenia przeżywanych przez Jezusa. Ale wtedy to Jezus cierpiał za grzechy nas wszystkich. Ona na to patrzyła, co też było ciężkim cierpieniem. Najgorsze było to, że miała poczucie, że Go traci. I rzeczywiście, w ludzkim rozumieniu właśnie to się działo.

poniedziałek, 28 stycznia 2019

krótka myśl

Czasem pojawiają się w mojej głowie różne myśli na rózne tematy, taka filozofia, czy też pseudofilozofia 😉. Jeżeli uważam, że są ciekawe, zapisuję je w swoim zeszycie. Dziś pojawiła mi się taka krótka myśl:

W pewnym sensie można pierwszych chrześcijan oskarżyć o egoizm, bo gdyby tak jak oni chcieli stary świat zakończył się prawie dwa tysiące lat temu, miliardy ludzi nie miałyby szansy się narodzić. Oni mieli oczywiście inną wizję świata i tego nie rozumieli. Nie można ich obwiniać.

Myślę, że koniec świata nastąpi dopiero wtedy, gdy narodzą się wszyscy, którzy mają się narodzić. To jest właśnie Boża miłość.


P.S. Może wkrótce napiszę jakiś dłuższy tekst. Nie będzie to jednak łatwe, bo mam wrażenie, że ostatnio silnie dokuczają mi objawy negatywne schizofrenii

poniedziałek, 26 listopada 2018

O tym, jak umocniłem się w wierze i o tym, jak umocniłem się psychicznie

Witam Was serdecznie. W dniach 13-17. 11. 2018 r. byłem w Krzyżowej na Dolnym Śląsku na warsztatach bibliodramy. Odwiedziłem też pobliską Świdnicę. Napisałem artykuł do niemieckiej gazety o tym wydarzeniu z mojej perspektywy, zostanie on dopiero przetłumaczony na język naszych zachodnich sąsiadów. Tu przedstawiam jego polską wersję:


Na wstępie zaznaczę, że bardzo się cieszę, że mogę napisać artykuł do tak wartościowego magazynu jak Text-Raum. Mam na imię Jakub, mam 34 lata i pochodzę z Polski.
Gdy byłem nastolatkiem, zdiagnozowano u mnie schizofrenię. Byłem wielokrotnie hospitalizowany i przeżyłem jako młody człowiek wiele ciężkich chwil. Czułem się nieakceptowany przez ludzi i miałem bardzo niską samoocenę. Byłem bardzo daleko od Boga. Pod względem psychicznym sytuację poprawiło trafienie do Środowiskowego Domu Samopomocy, a pod względem wiary (a także psychicznym) to, że oddałem swoje życie Panu Jezusowi. Zacząłem poznawać coraz więcej wartościowych ludzi i angażować się w różne inicjatywy, między innymi wstąpiłem do wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym. Cały czas szukam różnych wydarzeń, w których można się rozwijać. Pewnego razu mój przyjaciel Krzysztof zaproponował mi wspólny wyjazd do Krzyżowej na warsztaty bibliodramy, połączone z wykładami na temat pojednania, zwłaszcza pojednania polsko-niemieckiego. Z początku byłem niechętny, między innymi dlatego, że w mojej głowie siedziała negatywna opinia na temat Niemców. Wydawało mi się, że polsko-niemieckie pojednanie to kicz. Okazało się, że to wszystko to było moje wielkie ograniczenie. Mimo oporów, dzięki Bogu udało mi się przełamać niechęć, a także obawy, że ci Niemcy to na pewno będą strasznie apodyktyczni i dominujący. Na szczęście brałem pod uwagę możliwość, że są to moje fałszywe przekonania.
13 listopada (2018) przyjechałem z Krzysztofem do Krzyżowej. Już na wieczorze integracyjnym pierwsze lody zostały przełamane. Zauważyłem, że są trzy główne linie podziału: Polak-Niemiec, katolik-protestant i mężczyzna-kobieta. Szybko się zorientowałem, że odczuwam dużą sympatię również do tych, którzy pod każdym względem się ode mnie różnią, to znaczy do osób, które są jednocześnie kobietami, Niemkami i protestantkami. To pierwsze wspólne spotkanie wlało we mnie nieco optymizmu.
Jeśli chodzi o kolejne dni, to wykłady i inne wydarzenia były bardzo ciekawe, myślę, że dużo mnie nauczyły, ale chciałbym skupić się przede wszystkim na warsztatach bibliodramy, które dla mnie były zdecydowanie najważniejsze i dla których tu przyjechałem. Moje doświadczenie bibliodramy było dotychczas nikłe, pewne jej elementy przeżyłem w zeszłym roku na wczasach, na których był realizowany program tak zwanego „Przełomu Życia”.
W sumie warsztaty bibliodramy w Krzyżowej trwały dwanaście godzin, w trzech czterogodzinnych sesjach. Były dwie grupy – jedna z Dorotą i Albertem, druga z Beatą i Sabiną. Ja znalazłem się w tej drugiej. Niezwykłe było moim zdaniem to, że w dwójce prowadzących było po jednej osobie z Polski i Niemiec, a w skład grup też mniej więcej po równo wchodzili Niemcy i Polacy. Ponieważ Beata i Hania znały w zaawansowanym stopniu zarówno język polski, jak i niemiecki, wszyscy dobrze rozumieliśmy, co każdy mówił.
Zawsze na początku, nawet przez dość długi czas, ćwiczenia nie miały żadnego związku z Biblią. Wywoływały za to duże emocje. Były to ćwiczenia, w których każdy czuł swoje ciało, a także w dość bliski sposób stykał się z ciałem drugiego człowieka. Było to dla mnie trochę trudne, ale też niesamowicie potrzebne. Fantastyczne w tym wszystkim było to, że byliśmy jedną grupą, nie było podziału na Polaków i Niemców. Nie zauważyłem nikogo, kto stroniłby od przedstawicieli odmiennej nacji. Po raz pierwszy w życiu tak mocno odczułem, że my wszyscy jesteśmy takimi samymi ludźmi. Mur w mojej głowie został zburzony.
Każdego dnia w drugiej części zajęć (z każdym dniem coraz szybciej) wchodziliśmy w jakiś tekst biblijny. Jako pewna pomoc służyły nam piękne przemyślenia Janusza Korczaka. Ćwiczenia z tekstem biblijnym były bardzo różne, codziennie było ich kilka. Pierwszego i drugiego dnia przerabialiśmy teksty z początku Księgi Wyjścia (drugiego dnia o małym Mojżeszu). Ja osobiście najbardziej zapamiętałem jednak to, co działo się trzeciego dnia. Wówczas przerobiliśmy znajdujący się w Ewangelii Mateusza opis nadprzyrodzonego poczęcia i narodzenia Jezusa oraz związanych z nim dylematów czy też problemów Jego rodziców. Szczególnie zapamiętałem dwa ćwiczenia. Pierwsze, w którym na podłodze werset po wersecie leżał tekst i zadawaliśmy pytania do tego, co nas w nim nurtowało. Okazało się, że pytań było wiele, ja też zadałem kilka i cieszę się, że mogłem je wypowiedzieć. Drugie szczególnie zapamiętane ćwiczenie to był taki finał naszych warsztatów – pantomima związana z wyżej przedstawionym tekstem. Wybrałem rolę Józefa i moim zdaniem było to dość ambitne z mojej strony.
Coś, co mi pomogło, to fakt, że bardzo polubiłem obie prowadzące – Beatę i Sabine. W ogóle uważam, że atmosfera na tych warsztatach była niemal doskonała.
17 listopada wróciłem do domu. Ten wyjazd umocnił moja wiarę, a także psychikę. Dlaczego? Bo poczułem miłość i tym samym namacalnie poczułem Boga. Poczułem się kimś wartościowym we własnych oczach. Poznałem wielu ludzi myślących bardzo podobnie jak ja, dzięki czemu przestałem czuć się „inny”. Wreszcie, wśród uczestników przeważały osoby dobrze wykształcone i na poziomie, a nie miałem wrażenia, że odstaję od nich intelektualnie czy w jakikolwiek inny sposób, co też bardzo mnie podbudowało.



środa, 5 września 2018

moje zmagania z trudnymi myślami

Poniżej zamieszczam artykuł, który napisałem do gazety Słonecznego Domu. Jeszcze nie wiem, czy zostanie zaakceptowany, a jeżeli tak, to czy forma nie będzie zmieniona. W każdym razie tu zamieszczam ten tekst w jego pierwotnej formie:

Temat, na który tutaj piszę, jest dla mnie bardzo trudny. Przede wszystkim dlatego, że napisanie tego artykułu oznacza de facto przyznanie się do tego, że się myliłem. Myliłem się w ocenie własnej osoby – nie jestem prorokiem, nie jestem kimś szczególnie wybranym. Myślę, że na dzień dzisiejszy pogodziłem się z tym w dziewięćdziesięciu kilku procentach. Nawet te kilka procent daje się jednak mocno we znaki.
Spróbuję przedstawić w skrócie, za kogo się uważałem. Mój stan psychiczny fachowo się zwie „kompleksem mesjasza”. Jest to zjawisko wcale nierzadkie, zwłaszcza wśród osób chorujących na schizofrenię. Ja nie uważałem się za Jezusa, za to zafiksowałem się na postaci Eliasza. On wydawał mi się „bezpieczniejszy”, bo nie bałem się, że mogę zbluźnić. Zawsze go podziwiałem i do dziś uważam go za jedną z najbardziej, jeśli nie najbardziej niedocenianą postać biblijną (przynajmniej przez katolików). W Biblii jest powiedziane, że w przyszłości przyjdzie Eliasz „i skłoni serce ojców ku synom, a synów ku ojcom” (Malachiasza 3,24). Sam Pan Jezus mówi, że „Eliasz przyjdzie najpierw [przed powtórnym przyjściem Chrystusa] i naprawi wszystko” (Mateusza 17,11; Marka 9,12). Z czasem zacząłem utożsamiać Eliasza z jednym z „dwóch świadków” (11 rozdział Apokalipsy). Na podstawie innych fragmentów Biblii (mógłbym je przytoczyć, ale nie zrobię tego, bo chcę żeby artykuł był zwięzły) doszedłem do wniosku, że „dwaj świadkowie” to dwóch ludzi (dwóch proroków), którzy jeszcze się nie pojawili, ale się pojawią i przywrócą miłość do Chrystusa na ziemi. Pierwszy to Mojżesz lub Henoch, a drugi Eliasz (czyli prawdopodobnie ja). Prawdę powiedziawszy, to wszystko działo się głównie w moich myślach, raczej nie próbowałem przekuwać tego na działalność publiczną, a myśli wzmagały się wtedy, kiedy byłem w izolacji, to znaczy bardzo dużo przebywałem w domu – kiedy wychodziłem do ludzi, te myśli wyraźnie się zmniejszały.
Dlaczego doszedłem do wniosku, że nie jestem Eliaszem? Prawdę mówiąc, literalnego dowodu nie mam, a nie jestem jeszcze taki stary (mam 34 lata), natomiast „dla Boga nie ma nic niemożliwego” (cytat z Biblii). Powtarzając jak mantrę to zdanie, mógłbym jeszcze przez wiele lat żyć w przekonaniu, że jestem wielkim prorokiem. Są dwa główne powody, które sprawiają, że dziś jestem już prawie na sto procent pewien, że byłem w błędzie. Po pierwsze, poznałem wiele osób ze schizofrenią, które tak jak ja miały poczucie, że są wielcy, niezwykli i szczególnie wybrani. Po drugie, zawsze kiedy zaczynałem poważnie „wchodzić” w te myśli i na serio brać pod uwagę, że mogę być Eliaszem, pojawiał się w moim umyśle silny niepokój, traciłem spokój wewnętrzny, miałem takie nieprzyjemne odczucia umysłowe, czy też raczej duchowe. Wydaje mi się, że zdrowa część mnie zawsze wzbraniała się przed tymi myślami, a poza tym między innymi na tym właśnie polega rozeznawanie duchów, czy jest on od Boga, czy od Złego. Dziś poważnie biorę pod uwagę, że to Zły podsuwał mi te myśli o szczególnym wybraniu.
Czy są jakieś pozytywy tego, że miałem urojenia religijne? Na pewno to, że stałem się niemalże ekspertem w dziedzinie Biblii i teologii. Ciekawe, że zanim wybuchła moja psychoza, nie byłem zbyt religijny, a moja wiara była słaba. Potem zacząłem się tym interesować, bo myślałem, że jestem w samym centrum wydarzeń, moja religijność i wiara była więc tak jakby interesowna. Kiedy jednak te myśli, urojenia w 99 procentach odpuściły, okazało się, że stałem się osobą religijną i chyba dość głęboko wierzącą. Wierzę, że Bóg w taki dziwaczny z ludzkiego punktu widzenia sposób zaprowadził mnie do siebie. Oczywiście w chwilach, kiedy urojenia wielkościowe odchodziły moja wiara się chwiała, ale nie było to zjawisko silne. Utrata poczucia bycia Eliaszem jakoś nie spowodowała we mnie utraty sensu wiary, a jeżeli nawet tak było, to na bardzo krótko i w małym stopniu nasilenia.

wtorek, 24 lipca 2018

Konkurs ortograficzny w ŚDS "Słoneczny Dom"

17 lipca 2018 r. odbył się w "Słonecznym Domu" tzw. mały, wewnętrzny konkurs ortograficzny. Udział w nim wzięło 10 domowników, w tym ja. Wiadomo było, że dwoje najlepszych awansuje do konkursu finałowego, który odbędzie się 13 sierpnia, i do którego zaproszonych zostało aż 13 ŚDS-ów (każdy dom może wystawić maksymalnie dwóch reprezentantów).

Mówiąc innym językiem, w lipcowym konkursie wzięli udział tylko uczestnicy "Słonecznego Domu", były to jednocześnie eliminacje do konkursu finałowego, którego nasz ŚDS z Ursusa jest organizatorem i gospodarzem.

Dziś (to znaczy 24 lipca) poznaliśmy wyniki. Pierwsze miejsce zajął Marcin, drugie Kasia, i te dwie osoby będą reprezentować nasz Dom 13 sierpnia. Ja zająłem trzecie miejsce, czwarte miejsce zajęła Monika - piszę o tym, bo Monika również została wyróżniona. Nie było mnie niestety na ogłoszeniu wyników, bo dziś rano wyjechałem do Zakopanego. Z tego, co słyszałem, dostałem dyplom, książkę i ptasie mleczko. Będę to mógł zobaczyć i odebrać po powrocie do Warszawy, który nastąpi prawdopodobnie dopiero we wrześniu.

Czy jestem zadowolony z wyniku? Gdyby to był ostateczny konkurs, pewnie czułbym niedosyt, bo jestem osobą ambitną (może aż za bardzo). Gdybym jednak dostał się do finału, musiałbym pojechać do Warszawy, co niezbyt mi się uśmiechało - chcę teraz odpocząć, zresetować się, bo w ostatnim czasie miałem dużo trudnych i stresujących spraw (i nie była to tylko sprawa pracy, którą opisałem na tym blogu). W związku z tym, układ jest właściwie optymalny - z jednej strony osiągnąłem sukces (miejsce na podium i wyróżnienie), a z drugiej nie muszę już martwić się tym konkursem i wracać do Warszawy.

Na koniec dziękuję wszystkim uczestnikom tego konkursu za zdrową, pełną wzajemnego szacunku rywalizację. Choć można traktować to też jak zabawę :-) .


czwartek, 19 lipca 2018

Mam niezbyt pozytywną wiadomość...

Przyznam szczerze, że wstawienie tego posta nie jest dla mnie łatwe. Dlatego nie jest on długi. Muszę to z siebie wydusić: bardzo szybko przekonałem się, że nie dam rady na dłużej pracować w McDonald's. Teraz w telegraficznym skrócie przedstawię szczegóły.

25 czerwca podpisałem umowę o pracę do 31 lipca. Pierwsze dwa dni to były szkolenia, 27 czerwca to był dla mnie pierwszy dzień normalnej pracy. Pierwszy i, jak się okazało, ostatni. To było pięć godzin (od 15:00 do 20:00), które mnie wykończyły. Fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie. Po raz pierwszy od dawna dostałem silnych lęków i głosów. Jeszcze podczas pracy zdecydowałem, że rezygnuję, choć oczywiście dotrwałem do końca zmiany. Następnego dnia (28 czerwca) złożyłem podanie o urlop i podanie o rozwiązanie umowy za porozumieniem stron, a w piątek 29 czerwca wyprostowałem sprawę ze "Słonecznym Domem", do którego ostatecznie właściwie bez przerwy cały czas chodzę. W poniedziałek 2 lipca otrzymałem świadectwo pracy i oddałem wyprane ubrania służbowe. Zgodnie ze świadectwem pracy oficjalnie pracowałem od 25 do 30 czerwca, w praktyce był to jednak tylko jeden dzień. Umowa o pracę na szczęście została rozwiązana za porozumieniem stron. W ten sposób właściwie skończyła się moja przygoda z McDonaldem.

10 lipca otrzymałem jeszcze wynagrodzenie - niecałe 300 złotych. Niewielką satysfakcję mimo wszystko odczułem. Prawdę mówiąc, ostatecznie dużo więcej wysiłku włożyłem w załatwienie sobie pracy niż w samą pracę, z której bardzo szybko zrezygnowałem. Coś, co jest w tym wszystkim pozytywne, to na pewno fakt, że nabrałem dużo cennych doświadczeń zawodowych (zobaczyłem, jak "od kuchni" wygląda praca w McDonaldzie, poznałem, co to rozmowa kwalifikacyjna, badania sanepidowskie i szczegółowe badania w centrum medycyny pracy; praca w Ekonie była trochę "po znajomości" i wtedy większość z tych spraw mnie ominęło). Dowiedziałem się też sporo o sobie, zarówno dobrego, jak i tego, jakie mam ograniczenia. Ponadto, do 31 sierpnia mam prawo do dużych zniżek we wszystkich restauracjach McDonald's ;-) .

Czy planuję spróbować swoich sił w jakiejś innej pracy? Na pewno jeszcze nie teraz. Nie wiem, czy praca w ochronie byłaby dla mnie odpowiednia. W każdym razie oświadczenie o niepełnosprawności, którego żądano ode mnie w jednej z firm ochroniarskich, już mam i jest ważne do 2022 roku (dokładnie tak długo, jak orzeczenie ZUS-owskie).

Na koniec dziękuję wszystkim, którzy się za mnie modlili. To na pewno nie poszło na marne!


środa, 20 czerwca 2018

zbliża się "godzina zero" ;-)

Witam :-) . Na początek mam luźną propozycję, żeby osoby, które nie czytały poprzednich postów, a są na stonie głównej, przewinęły stronę o dwa posty niżej ;-) . Te trzy posty stanowią bowiem jedną całość.

Jestem umówiony na 25 czerwca, by podpisać umowę z McDonald's. 26 przejdę wszystkie niezbędne szkolenia, a w środę 27 czerwca zaczynam normalną pracę. Wywołuje to we mnie spore emocje. Dziś opiszę ostatnie kroki na drodze do pozyskania pracy.

Zacznę od tego, że pod koniec maja miałem w "Słonecznym Domu" płatne badania psychologiczno-intelektualne (prowadzone przez osobę z zewnątrz), za które otrzymałem 87 złotych. Był to dla mnie taki "przedsmak" pracy zarobkowej ;-) .

4 czerwca znałem już wyniki badań z sanepidu. Wyniki w porządku, choć, rzecz jasna, nie było to wielkim zaskoczeniem. W związku z tym następnego dnia pojechałem do McDonalda na Klasyków do pani Moniki, gdzie odebrałem skierowanie do lekarza medycyny pracy. Wybrałem centrum ATTIS na ulicy Pawińskiego, tam zadzwoniłem i umówiłem się na badania lekarskie na dzień 11 czerwca. Wszystkie badania przeszedłem pomyślnie i lekarz uznał, że jestem zdolny do pracy na stanowisku "pracownik restauracji" w restauracji McDonald's. Czy to była formalność? Pewnie tak, ale i tak podniosło to moją samoocenę :-) .

Dopiero 25 czerwca mam komisję lekarską na Andersa (orzeczenie być może kiedyś się przyda, ale do pracy, o której piszę, nie jest potrzebne), a prosto stamtąd jadę podpisać umowę o pracę. Muszę mieć ze sobą: orzeczenie lekarskie do celów sanitarno-epidemiologicznych, zaświadczenie od lekarza o zdolności do podjęcia pracy, a także m.in. ksero świadectwa wcześniejszej pracy (jest potrzebne do tego, bym od pierwszego dnia pracy miał prawo do urlopu). Mam wszystko, czego potrzeba, więc tym się nie martwię. Muszę jeszcze tylko kupić sobie czarne buty, które mam obowiązek mieć na 27 czerwca, czyli pierwszy dzień normalnej pracy.

Niestety będę musiał zrezygnować z bycia domownikiem Środowiskowego Domu Samopomocy "Słoneczny Dom". Takie niestety jest w Polsce prawo.

Bardzo proszę, trzymajcie za mnie kciuki! Powiem więcej, proszę o modlitwę.


czwartek, 17 maja 2018

Dostałem pracę :-)

Bardzo się cieszę, że pomimo tego, że choruję na schizofrenię, przyjęto mnie do pracy. Przez ostatni tydzień działo się dużo, więc uznałem, że warto zrobić kolejny wpis. Będę pisał, co się działo w kolejnych dniach po poprzednim poście (który napisałem w nocy ze środy na czwartek 9/10 maja). Jeżeli nie będziecie rozumieli moich skrótów myślowych, odpowiedź na nie znajdziecie na pewno w poście "Planuję iść do pracy". Po prostu nie chciałem dublować tych samych, a nie najistotniejszych informacji.

Czwartek, 10 maja. Tego dnia, lekko już zniecierpliwiony, zadzwoniłem na Andersa. Okazało się, że już 2 maja wysłali mi pismo, że muszę uzupełnić dokumenty, przede wszystkim muszę dać historię choroby. Wówczas jednak pismo to jeszcze pocztą nie doszło.Trochę mnie to przybiło, ale zadzwoniłem na Nowowiejską, gdzie dowiedziałem się, że dyrektor szpitala ma 7 dni na odpowiedź na podanie o takie papiery. Wykonałem jeszcze jeden telefon. I tu Was chyba zaskoczę. Poprzednio pisałem, że "zadzwoniłem do dwóch innych firm, w tym jednej ochroniarskiej". Te dwa telefony były w środę 9 maja. Otóż, drugą firmą był McDonald, i w czwartek zadzwoniłem do niego ponownie. Pan powiedział, że orzeczenie z Andersa chyba nie jest konieczne, jeśli ma się ZUS-owskie. To mnie zachęciło i umówiłem się na rozmowę na poniedziałek na godzinę 8:00 rano. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to spotkanie to już będzie po prostu ROZMOWA KWALIFIKACYJNA. To do mnie dotarło dopiero później.

Piątek, 11 maja. Od 10:00 do 17:00 byłem na APS-ie na bardzo ciekawej konferencji dotyczącej zdrowia psychicznego. Kiedy wróciłem do domu, w skrzynce pocztowej znalazłem awizo do mnie. Zgodnie z przewidywaniami była to przesyłka z Andersa i potwierdziło się to, czego dzień wcześniej dowiedziałem się przez telefon. "Nowością" okazało się to, że muszę zdać dokumenty do 23 maja. Jeśli chciałem zdążyć, musiałem się spieszyć. Wiadomo było jednak, że mogę to zrobić dopiero w następnym tygodniu.

Poniedziałek, 14 maja. Wstałem już o piątej rano, bo o ósmej musiałem być w McDonaldzie na ul. Czarodzieja. To jest na Białołęce, ale dojazd nie jest zły, z mojego domu (mieszkam we Włochach) droga trwa godzinę, czasem odrobinę dłużej. Nie będę opowiadał o podróży, minęła mi dobrze. O 7:45 dotarłem na miejsce i chwilę później rozpocząłem rozmowę z menedżerem personalnym, panią Moniką. Trwała trzy kwadranse, ale jakoś nie mam ochoty pisać o jej szczegółach. Skupię się na najważniejszych kwestiach technicznych. Ustaliliśmy, że "aplikuję" do prac porządkowych. Do zadań takich osób należą m.in.: dbanie o czystość podłóg, schodów, stołów i toalet oraz opróżnianie pojemników na śmieci. Praca prosta, ale według mnie dobrze płatna, bo stawka wynosi ponad 17 zł brutto za godzinę (ponad 13 zł netto/godz). Praca dla osób niepełnosprawnych na pół etatu trwa 3 i pół godziny, jednak tu przyjeżdza się w mniejszą ilość dni na 5 godzin. Pani Monika powiedziała, że musi jeszcze wszystko omówić z kierownikiem i jutro do mnie zadzwoni z wiadomością, czy są zainteresowani wspópracą ze mną. Nie ukrywam, trochę się bałem odmowy. Pożegnaliśmy się i pojechałem na Nowowiejską złożyć podanie o wydanie kserokopii dokumentacji medycznej. I to tyle, jeśli chodzi o sprawy związane z załatwianiem pracy tego dnia.

Wtorek, 15 maja. Trochę po 11:00 zadzwoniła do mnie pani Monika z niezwykle radosną wiadomością: CHCĄ, ŻEBYM U NICH PRACOWAŁ! Drugą dobrą wiadomością było to, że nie muszę załatwiać orzeczenia z Andersa, bo poprzedniego dnia wydawało się, że jednak będę musiał je mieć. Mimo wszystko postanowiłem dalej załatwiać sprawę z Andersa. Może mi się to przydać na przykład w sytuacji, kiedy uznam, że praca w McDonaldzie jednak nie jest dla mnie i zacznę szukać innej pracy. Zanim zacznę pracę, muszę jeszcze załatwić sprawy formalne. Po pierwsze muszę sobie zrobić badania sanepidowskie (wiadomo, branża gastronomiczna). Kiedy już będę miał wyniki, muszę pojechać do pani Moniki po skierowanie do lekarza medycyny pracy i ze skierowaniem, wynikiem z sanepidu oraz orzeczeniem o niepełnosprawności pojechać do jednej z kilku przychodni. Jeszcze we wtorek pojechałem do jednej ze stacji sanitarno-epidemiologicznych (na ul. Kochanowskiego), gdzie wziąłem probówki konieczne do wykonania badania. Zdać próbki mam 30 maja, i musi to być dokładnie ta data. Na początku czerwca powinny być wyniki badań. Pani Monika powiedziała mi, że później pójdzie już pewnie sprawnie. Jeżeli lekarz wyda zgodę na pracę, to oczywiście przed jej podjęciem przejdę jeszcze szkolenie. Szczerze mówiąc, czuję ekscytację, kiedy myślę o podpisaniu umowy o pracę :-) .

Czwartek, 17 maja. Dziś zadzwoniłem na Nowowiejską z pytaniem, czy mogę już odebrać dokumentację medyczną. Okazało się, że tak. Pojechałem więc, i okazało się, że muszę zapłacić 23 złote i 36 groszy (wyszły 73 strony, a każda kosztuje 32 grosze). Zapłaciłem i myślę, że było warto, bo czytanie tego, co lekarze (głównie dr Błądek) pisali o moim stanie zdrowia przez ostatnie 13 lat to naprawdę ciekawa lektura ;-) . Myślę, że warto było się tego dowiedzieć, to było takie skonfrontowanie mojego punktu widzenia z tym, jak widzieli mnie inni ludzie, w tym przypadku lekarze.

Jutro zamierzam pojechać na Andersa z tym, co dziś odebrałem na Nowowiejskiej. A później? Cóż, w najbliższym czasie czekają mnie różne inne ciekawe rzeczy, ale potrzebna jest jeszcze odrobina cierpliwości. Kiedy jednak ma się świadomość, że tak naprawdę zostało się już przyjętym do pracy i tylko kwestie formalne mogą to zabrać, dużo łatwiej zachować spokój.

czwartek, 10 maja 2018

Planuję pójść do pracy

Myślę, że to bardzo wdzięczny temat do pisania, pasujący do tego bloga :-) . Otóż, myślę o pracy, najlepiej o pracy w ochronie (dla mnie idealnie by było na pół etatu). Poniżej przedstawiam, na jakim jestem obecnie etapie w sprawie starania się o pracę.

Jak wiecie, choruję na schizofrenię paranoidalną (F 20.0). Z dwóch powodów bardzo mało pracowałem w życiu zarobkowo. Po pierwsze, zwłaszcza w okresach zaostrzeń było to dla mnie bardzo trudne, za trudne. Po drugie, moim błogosławieństwem (a może przekleństwem?) jest to, że ze względu na zarobki taty nie brakuje mi pieniędzy. Obecnie nie czuję się optymalnie i cały czas nie mam presji, że "muszę" iść do pracy ze względu na brak pieniędzy, ale chcę spróbować. Czuję taką potrzebę. Chcę zostać zatrudniony na otwartym rynku pracy (nie w pracy chronionej), jako osoba posiadająca orzeczenie o niepełnosprawności.

Postanowienie podjąłem 22 kwietnia, kiedy tradycyjnie markowałem w nocy. Była to noc z soboty na niedzielę. W poniedziałek, 23 kwietnia, zadzwoniłem do firmy, której ogłoszenie znalazłem na znanym portalu (OLX). Jest to firma ochroniarska, bo chciałbym pracować w ochronie. Spodziewałem się, że kiedy powiem, że ze względu na objawy negatywne jestem gotowy pracować góra 5 godzin na dobę, grzecznie mi podziękują. Stało się inaczej, co bardzo miło mnie zaskoczyło. To była dobra wiadomość. Gorsza natomiast była taka, że zażądali ode mnie orzeczenia o niepełnosprawności z Andersa, a mam tylko ZUS-owskie. Postanowiłem, że nie ma się co spieszyć, i zanim pójdę na rozmowę w sprawie jakiejkolwiek pracy, zdobędę to orzeczenie z Andersa. Jeszcze w poniedziałek miałem wizytę u dr Błądek na Nowowiejskiej, gdzie otrzymałem zaświadczenie o stanie zdrowia, do tego dołączyłem wniosek, i we wtorek 24 kwietnia złożyłem to wszystko na Andersa.

Wiedziałem, że będę musiał poczekać, i teraz ćwiczę się w cierpliwości... Już na pewno na odpowiedź z Andersa będę musiał poczekać co najmniej 16 dni, a może to być jeszcze znacznie dłużej, bo mają na nią 30 dni (i to zapewne roboczych).

Wczoraj nie wytrzymałem i zadzwoniłem do dwóch innych firm, w tym jednej ochroniarskiej (a praca w ochronie najbardziej mnie interesuje). Odpowiedzieli mi w niej, że -z jednej strony- mogę do nich przyjechać z orzeczeniem ZUS-owskim, ale z drugiej, że praca max 5 godzin na dobę niestety raczej nie wchodzi u nich w grę, a to jest dla mnie dużo ważniejsze niż konieczność poczekania miesiąca-dwóch na orzeczenie z Andersa.

Mam nadzieję, że będę mógł pracować w firmie, którą sobie na początku upatrzyłem. Jeśli nie, będę szukać dalej. To, co jest w tym wszystkim najgorsze, to obawa, że sobie nie poradzę, a zwłaszcza, że bardzo szybko zrezygnuję. Chcę jednak spróbować. Jeśli nie uda mi się utrzymać w pracy na dłużej, to trudno.

Obiecuję, że będę Wam relacjonował dalszy przebieg tej historii.

poniedziałek, 19 lutego 2018

komisja w sprawie renty

Witam Was. Dziś miałem komisję, na której po raz kolejny orzeczono o mojej całkowitej niezdolności do pracy. Pani lekarz orzecznik okazała się całkiem hojna, przyznała mi rentę na cztery lata, do 28 lutego 2022 roku.

Była to moja piąta komisja, teraz garść statystyk: za pierwszym razem, w 2005 roku dostałem rentę na 3 lata, następnie, w 2008 roku, znów na 3 lata, w 2011 roku jeszcze raz na 3 lata, w roku 2014 po raz pierwszy na 4 lata, i teraz, w 2018 roku, również na 4 lata. Wynika z tego jasno, że jeszcze się nie zdarzyło, żebym przy kolejnej komisji dostał mniej niż przy poprzedniej.

Dla tych, którzy nie wiedzą, przypomnę, że jeżeli wniosek o przyznanie prawa do renty z tytułu całkowitej niezdolności do pracy zostanie rozpatrzony pozytywnie, to albo dostanie się rentę na czas określony (minimum rok, maksimum pięć lat), albo na stałe - do końca życia. Renta na stałe to dla osób chorujących psychicznie coś niejednoznacznie pozytywnego - z jednej strony ma się wygodę i poczucie względnego bezpieczeństwa, ale z drugiej, otrzymanie jej w młodym wieku to takie trochę skreślenie człowieka. Oznacza to bowiem, że stan takiego człowieka nie rokuje już nadziei na to, że kiedykolwiek będzie w stanie żyć normalnie. Z drugiej strony, znam osoby ze znacznym stopniem niepelnosprawności i rentą na stałe, które radzą sobie bardzo dobrze np. w warunkach pracy chronionej. Z tego, co mi wiadomo, dziś takie osoby mogą próbować swoich sił nawet na otwartym rynku pracy, istnieje jednak górny limit zarobków, powyżej którego traci się prawo do renty. W sumie nie jestem niestety zbyt "obcykany" w tych kwestiach i dlatego kończę już mój wywód. Dodam jeszcze tylko to, co większość z Was pewnie wie, że dziś o rentę jest dużo trudniej niż kiedyś, dużo trudniej jest też dostać rentę na stałe. Poza tym odchodzi się od zakładów pracy chronionej na rzecz promowania zatrudniania ludzi na otwartym rynku pracy. Oczywiście osoby z niepełnosprawnością mają w takiej pracy swoje przywileje - tak przynajmniej powinno być.

Na koniec podziękowania i gratulacje dla naszych skoczków, którzy sprawili mi i wielu Polakom ogrom radości. Nie obchodzi mnie, że te słowa na 99,999 procent do nich nie dotrą ;-) . Chciałem to wyrazić, bo panowie K. Stoch, D. Kubacki, S. Hula, M. Kot, P. Żyła, a także trener Stefan Horngacher wraz ze swoim sztabem zrobili kawał naprawdę fantastycznej roboty. Wasze medale w Pjongczang to taka cudowna wisienka na torcie :-) .


wtorek, 13 lutego 2018

obowiązki domowe...

Hej! Dziś przyszło mi do głowy napisać o czymś bardzo prozaicznym. Bardzo często mam głowę w chmurach, więc myślę, że to korzystne dążenie do równowagi :-) .

Zacznę jednak bardzo poważnie. Od tragicznej śmierci mojej Mamy minęły już prawie dwa lata (23 maja 2016 - 13 lutego 2018). Wydarzenie to sprawiło, że zmieniła się w moim życiu również ilość obowiązków. Musialem stać się bardziej samodzielny, bo wcześniej moja Mama robiła za mnie wiele rzeczy, w tym niemal wszystkie obowiązki domowe.

Oto lista obowiązków domowych, które mam obecnie, a których, kiedy Mama żyła, było dużo mniej lub w ogóle ich nie było (w tym miejscu zaznaczam, że dzielę się nimi z Tatą):

1. robienie zakupów,

2. robienie prania,

3. zmywanie naczyń,

4. więcej obowiązków wobec zwierząt (zakupy, karmienie, spacery z psem, wypuszczanie z domu i wpuszczanie kota, czyszczenie kuwety),

5. sprzątanie (które mocno zaniedbuję, mamy duże mieszkanie),

6. wyrzucanie śmieci,

7. zmienianie pościeli,

8. różnego rodzaju porządki,

9. obcinanie paznokci,

10. zapewnienie sobie obiadu (Mama niekiedy go robiła).

Pewnie jest jeszcze coś, czego zapomniałem dodać na tej liście, ale na pewno nie jest to rzecz często powtarzana.

P.S. 19 lutego mam komisję w sprawie przedłużenia renty. Trzymajcie za mnie kciuki ;-) .


czwartek, 1 lutego 2018

wywiad

Poniżej publikuję bardzo ciekawy, moim zdaniem, wywiad, który znajduje się na stronie http://www.medonet.pl/zdrowie/zdrowie-dla-kazdego,schizofrenia---objawy--przyczyny-i-leczenie-choroby,artykul,1647421.html . Aż bije z niego szacunek dla osób chorujących na schizofrenię. Czy zgadzacie się z tym, że również w Polsce, tak jak w Japonii, powinno się używać nazwy "choroba dezintegracyjna" zamiast "schizofrenia"?


Schizofrenia to zaburzenie psychiczne związane z błędnym postrzeganiem rzeczywistości, często prowadzącym do psychozy. Przyjmuje się, że schizofrenia należy do chorób cywilizacyjnych i dotyka zarówno kobiet, jak i mężczyzn. O przyczynach, przebiegu oraz innych problemach związanych z chorobą z dr n. med. specjalistą psychiatrą i psychoterapeutą, Maciejem Klimarczykiem, rozmawia Joanna Weyna Szczepańska.

1. JAKIE SĄ NAJBARDZIEJ CHARAKTERYSTYCZNE OBJAWY SCHIZOFRENII?

Sama nazwa „schizofrenia” oznacza z greckiego schizis – rozszczepienie i phrenos – umysł, czyli rozszczepienie umysłu. Mnie osobiście nazwa ta bardzo się nie podoba, ponieważ razi i stygmatyzuje. Powstała ona ponad 100 lat temu, gdy jeszcze nie wiedziano wiele na temat patogenezy choroby. W Japonii kilka lat temu zastąpiono nazwę schizofrenia terminem „choroba dezintegracyjna”, co bardziej oddaje jej specyfikę.

W schizofrenii mamy do czynienia z dezintegracją funkcji psychicznych – spostrzegania, myślenia, emocji, osobowości. Każdy zdrowy mózg działa spójnie – nie widzimy rzeczy, których nie ma, a jeśli nawet coś nam się chwilowo zdaje, to korygujemy to za pomocą naszego umysłu (np. że to tylko szum drzewa albo odbite światło itp.), nasze myśli są spójne, posługujemy się logiką, nasze stany emocjonalne są odbiciem naszego chwilowego myślenia bądź sytuacji (mówiąc o rzeczach smutnych odczuwamy smutek i itd.), osobowość (temperament, zespół cech charakteru) pozostaje każdego dnia bez większych zmian. Wszystkie te procesy są spójne, ponieważ nasz mózg integruje je, scala w pewną całość, dzięki czemu możemy się w życiu realizować, dążyć do określonych celów.

Istota schizofrenii polega właśnie na zaburzeniach tej integracji – myślenie, emocje, zachowanie osoby chorej przestają być spójne – oczywiście u każdego przebiega to inaczej i w różnym stopniu.

Objawy schizofrenii można podzielić na tzw. objawy wytwórcze, negatywne oraz poznawcze. Do objawów wytwórczych należą urojenia (fałszywe, chorobowe sądy) i omamy (spostrzeganie czegoś, czego nie ma), najczęściej omamy słuchowe – chory słyszy głosy, które mogą komentować jego zachowanie, prowadzić z nim lub między sobą dialog, rzadziej występują omamy z innych zmysłów – np. wzrokowe.

Objawy negatywne schizofrenii polegają na zubożeniu emocji, obniżeniu zainteresowań, tendencji do izolowania się od ludzi. Aktywność chorego znacznie obniża się. O ile przed chorobą pacjent mógł funkcjonować całkowicie dobrze, np. studiować, uprawiać sport, spotykać się ze znajomymi, o tyle, jeśli ma objawy negatywne, wycofuje się z życia.

Objawy poznawcze schizofrenii to zaburzenia koncentracji, pamięci czy tzw. pamięci operacyjnej (analogia do pamięci operacyjnej komputera). Pacjenci gorzej radzą sobie z przyswajaniem informacji, wykorzystaniem tych informacji do podejmowania działań.

W sytuacji ostrych objawów psychotycznych, mogą wystąpić również zaburzenia zachowania – np. pobudzenie, rzadko agresja. Zaburzenia zachowania oraz objawy wytwórcze leczy się najlepiej, o czym niewiele osób wie. Gorzej wygląda leczenie objawów negatywnych.

2. JAK WYGLĄDA DIAGNOSTYKA SCHIZOFRENII?

Diagnostyka schizofrenii polega przede wszystkim na szczegółowej rozmowie pacjenta z lekarzem psychiatrą. Rozmowę taką nazywamy badaniem klinicznym, ma ona swoją strukturę polegającą na wychwyceniu objawów oraz zebraniu od pacjenta dokładnego wywiadu rodzinnego (np. jak się pacjent rozwijał w niemowlęctwie, jak funkcjonował w szkole, w późniejszych etapach życia itp.). Jeśli schizofrenia jest rozwinięta, to dostrzeżenie objawów nie jest trudne. Czasem pewne objawy sugerujące schizofrenię mogą mieć jednak inną przyczynę (np. nadużywanie narkotyków, niektóre choroby somatyczne). Gdy są wątpliwości co do przyczyn lub choroba jest w okresie prodromalnym wykonuje się badania laboratoryjne, neuroobrazowe lub dodatkowe badania psychologiczne.

3. W JAKIM PRZEDZIALE WIEKOWYM NAJCZĘŚCIEJ ZAPADA SIĘ NA SCHIZOFRENIĘ?

Schizofrenia to choroba ludzi młodych. Najczęściej pierwsze objawy pojawiają się u osób w wieku od 20 do 40 lat, a więc wtedy, gdy osoba jest w pełni sprawna, korzysta z życia - studiuje lub podejmuje pierwszą pracę. Jest to tym bardziej bolesne, gdy zauważamy stopniowe wycofywanie się z życia osób dotkniętych chorobą. Aby do tego nie dopuścić, bardzo ważne jest jak najszybsze włączenie leczenia. Chociaż zachorować można w każdym wieku.

4. CZY SCHIZOFRENIA JEST DZIEDZICZNA?

Nie ma pojedynczego genu schizofrenii, który można odziedziczyć po rodzicach. Dziedziczy się jednak pewne cechy, które zwiększają podatność do zachorowania.

Ryzyko zachorowania na schizofrenię w populacji ogólnej wynosi 1 %. Wzrasta ono w przypadku, gdy ktoś z krewnych jest chory. Gdy oboje rodzice chorują, wynosi ono już ponad 40 %, gdy jedno z rodziców – kilkanaście procent.

Oprócz czynnika genetycznego muszą wystąpić jeszcze inne czynniki, np. czynniki stresowe, czasem uraz okołoporodowy, które w połączeniu z genetycznie uwarunkowaną podatnością wyzwalają pierwszy epizod schizofrenii.

5. CZY SCHIZOFRENIĘ MOGĄ WYWOŁYWAĆ OKOLICZNOŚCI ZEWNĘTRZNE? JEŚLI TAK, TO JAKIE?

Aby schizofrenia sie ujawniła, czasem na podatność biologiczną musi nałożyć się kilka innych czynników. Należą do nich wspomniane już czynniki stresowe lub uraz okołoporodowy, czasem również branie narkotyków.

Mam pacjentów, u których choroba rozwinęła się na studiach lub w wojsku. Nie wiadomo czy bez tego stresu schizofrenia nie rozwinęłaby się wcale czy rozwinęłaby się później. Ale niewątpliwie czynnik ten miał u nich wpływ na wystąpienie w danym czasie objawów choroby. To samo jest z zażywaniem narkotyków, również tzw. miękkich (np. marihuany). Osoby biorące narkotyki nie zdają sobie sprawy, że zwiększają u siebie ryzyko wystąpienia choroby. Oczywiście choroba nie rozwinie się u każdego kto bierze narkotyki, ale u osoby podatnej narkotyk może ją wyzwolić lub przyspieszyć.

6. CZY SCHIZOFRENIA MA PRZEBIEG CYKLICZNY? JEŚLI TAK, TO OD CZEGO OWA CYKLICZNOŚĆ ZALEŻY?

U ok. 20 % pacjentów mamy do czynienia tylko z jednym epizodem schizofrenii, który po zastosowaniu leczenia już nigdy nie powróci. Inni zaś mają nawroty, polegające na okresowych zaostrzeniach objawów psychotycznych (urojeń, omamów). Pomiędzy nawrotami albo jest całkowita remisja, albo też mamy do czynienia z utrzymującymi się objawami negatywnymi (zubożenie emocjonalne, wycofywanie się z życia itp.). Najgorszy przebieg schizofrenii to szybkie narastanie objawów negatywnych z przewlekle utrzymującymi się urojeniami i omamami – taki przebieg występuje u kilkunastu procent chorych, pomimo leczenia. Przy rozpoznaniu nie wiemy, jak będzie chorował konkretny pacjent, nie da się tego do końca przewidzieć.

7. JAK POMÓC CHOREMU NA SCHIZOFRENIĘ W RODZINIE?

Najważniejsze są wsparcie, takt i szacunek. W przypadku, gdy chory jest w ostrym okresie choroby i doznaje objawów psychotycznych, należy go wysłuchać i zrozumieć, że jego wewnętrzne postrzeganie jest chorobowo zmienione. Nigdy nie można przytakiwać i potwierdzać doznań psychotycznych u chorego, bo to utwierdzi go w jego myśleniu. Powinniśmy zapewnić go o naszym wsparciu i pomocy. W sytuacji izolowania się od otoczenia, łagodna motywacja oraz wyznaczanie pewnych obowiązków, które chory ma wykonać, mogą przyczynić się do jego aktywizowania. Nie powinno się natomiast wyręczać schizofrenika w jego obowiązkach. Bardzo ważną rzeczą jest również motywowanie do regularnego leczenia, które w większości przypadków przynosi znaczną poprawę.

8. CZY SCHIZOFRENICY MOGĄ BYĆ NIEBEZPIECZNI DLA OTOCZENIA? TAKIE DYLEMATY CZĘSTO FRAPUJĄ RODZINY, GDZIE JEST CHORY.

Czasem zdarza się, że pod wpływem doznań psychotycznych chory jest pobudzony, odczuwa lęk i stara się w jakiś sposób reagować – taką reakcją mogą być zachowania agresywne. Występują one dość rzadko, a agresję najczęściej chory kieruje przeciwko sobie. Jeśli już tak się dzieje, to jest wskazanie do hospitalizacji. Agresja i pobudzenie ustępują dość szybko pod wpływem leczenia. Po ustabilizowaniu stanu emocjonalnego staramy się uczyć pacjentów, jak sami mogą rozpoznawać symptomy zwiastujące pogorszenie, aby odpowiednio szybko zgłosili się do lekarza.

9. CZY SCHIZOFRENIA MOŻE DOPROWADZIĆ CHOREGO DO PRÓB SAMOBÓJCZYCH?

Tak, ok. 10 % chorych popełnia samobójstwo.

10. KTÓRA GRUPA CHORYCH PODEJMUJE SIĘ TAK DRAMATYCZNEGO KROKU? CZY RODZINA MOŻE TEMU JAKOŚ ZAPOBIEC?

Nie jest to do końca przewidywalne kto może targnąć się na własne życie. Ale są pewne czynniki, które zwiększają ryzyko podjęcia próby samobójczej. Należą do nich: wcześniej podejmowane próby samobójcze, silny lęk (np. pod wpływem doznań psychotycznych), zaburzenia nastroju, płeć męska, nadużywanie alkoholu, poczucie całkowitego nie radzenia sobie z sytuacją i braku oparcia w innych, samotność. Pamiętajmy, że schizofrenia może zakończyć się śmiercią, więc myśli i tendencje samobójcze u pacjenta zawsze należy traktować jak stan zagrożenia życia.

Uważam, że rodzina może pomóc w wielu przypadkach. Przede wszystkim nie bójmy się chorych pytać o myśli samobójcze. W swojej praktyce spotykam czasem członków rodzin pacjentów, którzy uważają, że pytanie chorego o myśli samobójcze może przyczynić się do popełnienia przez niego samobójstwa. Jest wręcz odwrotnie! Czasem chorzy nie mówią wprost o swoich doznaniach, ale pytani o to, czują ulgę, że mogą to z siebie wyrzucić. Rozmowa o myślach i planach samobójczych ma dać pacjentowi sygnał, że jest ktoś, kto chce mu pomóc w tym dramatycznym dla niego czasie. W sytuacji, gdy schizofrenik ma sprecyzowany plan popełnienia samobójstwa (np. przygotował sobie sznur lub narzędzie, albo wybrał miejsce) trzeba natychmiast interweniować i przewieźć go do szpitala. W Polsce w takich okolicznościach prawo dopuszcza hospitalizację nawet wbrew woli pacjenta. Pocieszające jest to, że u większości z nich myśli samobójcze ustępują.

11. CZY LUDZIE ZE SCHIZOFRENIĄ SĄ SKAZANI NA IZOLACJĘ SPOŁECZNĄ?

Nie ma ani jednego powodu, aby tak miało być. Chorzy na schizofrenię nie są grupą ryzyka w popełnianiu przestępstw. Takie myślenie może wiązać się z niską wiedzą na temat choroby, a brak wiedzy powoduje strach. Celem leczenia jest całkowita integracja chorego z otoczeniem we wszystkich sferach: rodzinnej, towarzyskiej, zawodowej. Nowoczesna medycyna stara się to zapewnić. Dążymy do tego, aby chorzy normalnie pracowali, uczyli się, studiowali. Mam pacjentów, którzy po opanowaniu ostrego epizodu psychotycznego, wrócili na studia lub do pracy. Jest to dla nich ważny czynnik, pozwalający lepiej radzić sobie z chorobą. Często jednak, pomimo leczenia, nie udaje się, aby chory do pracy powrócił. Czasami mu się to uniemożliwia. Według mnie zbyt mało chorych na schizofrenię w naszym kraju pracuje.

12. JAK OCENIA PAN WIEDZĘ NA TEMAT TEJ CHOROBY I LUDZI NA NIĄ CIERPIĄCYCH W POLSCE? JAK WYPADA ONA W PORÓWNANIU Z INNYMI KRAJAMI?

Wiedza na temat schizofrenii w naszym społeczeństwie jest nikła.

Chorych na schizofrenię uważa się za niebezpiecznych, większość ludzi sądzi, że leki, które chorzy muszą przyjmować przewlekle, uzależniają lub pogorszą ich stan. Jest to całkowita nieprawda. W ogóle podejście do psychiatrii mamy iście z XIX wieku, wstydzimy się chorób psychicznych. I tu, niestety, obserwuję często złą robotę osób publicznych, którzy w swoich wypowiedziach używają nazwy choroby „schizofrenia” w znaczeniu pejoratywnym. Politycy lub dziennikarze nierzadko używają w przestrzeni publicznej zwrotów, typu: „to jest schizofrenia polityczna”, „ten pomysł jest schizofreniczny” itp. Takie wypowiedzi naprawdę szkodzą chorym, przyczyniając się do ich stygmatyzacji. W kwestiach edukacji psychiatrycznej mamy jeszcze sporo do zrobienia.

Natomiast, co do porównania z innymi krajami, myślę, że specjalnie nie odbiegamy od średniej europejskiej. Znam dość dobrze sytuację we Włoszech i tam również ani stan wiedzy, ani podejście do chorych nie różnią się istotnie od naszego. Inaczej wygląda to w USA. Podczas gdy w Polsce leczenie psychiatryczne jest najczęściej skrywane, Amerykanie znacznie chętniej przyznają się do tego nie widząc w nim nic wstydliwego. Również znajomość niektórych chorób oraz stosowanych w nich leków jest większa w Ameryce niż w Europie.

Rozmawiała: Joanna Weyna Szczepańska

Joanna Weyna-Szczepańska

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Charles Manson - chory psychicznie, opętany, czy psychopata i mistrz psychomanipulacji, który dzięki swoim zdolnościom stał się ikoną popkultury?

19 listopada 2017 r. swój żywot zakończył wreszcie Charles Manson. Dożył 83 lat. Jakoś tak wyszło, że dowiedziałem się o tym dopiero wczoraj (3 grudnia). Czy jest sens poświęcać uwagę tak paskudnej, delikatnie mówiąc, osobie? Wydaje się, że już wystarczająco dużo uczynili tego inni. Ja chciałbym się skupić na aspekcie, czy takich ludzi jak on można wsadzać do jednego worka z chorującymi psychicznie, co dla mnie jest urągające, bo gardzę może nie tyle samym Mansonem, co tym, czego "dokonał" on w życiu. Jeśli chodzi o informacje o jego życiu, wykorzystałem niezawodną "ciocię" Wikipedię.



Trzeba przyznać, że Manson miał trudny start. Był dzieckiem prostytutki i jej klienta, a kiedy jego matka siedziała w więzieniu za napad z bronią w ręku, zamieszkał z fanatycznie religijnym wujostwem. Już w wieku 9 lat po raz pierwszy znalazł się w poprawczaku, a później wielokrotnie trafiał do więzienia i kilkakrotnie z niego uciekał. W 1960 roku, jako dwudziestokilkulatek, został skazany za poważniejsze przestępstwo - zmuszanie do prostytucji - na siedem lat więzienia. Kiedy z niego wyszedł, założył sektę "Rodzina". To, co działo się wewnątrz i na zewnątrz sekty to zło tak jawne, że aż dziwne mi się wydaje, dlaczego szatan tak bardzo się odkrył. Niektórzy niewierzący, którzy dokładnie przeczytają, co tam się działo, mogą dojść do wniosku, że szatan, osobowe Zło rzeczywiście istnieje, a tym samym istnieje również Bóg i uwierzyć w Niego. Oni oczywiście chcieli pozostać w ukryciu, ale przy skali ich zbrodni było to po prostu nierealne. Dodam, że oczywiście nie o wszystkim, co działo się zwłaszcza wewnątrz sekty, wiemy - choćby o orgiach seksualnych czy czarnych mszach, które na pewno odprawiali. W sumie sekta dokonała około pięćdziesięciu makabrycznych zbrodni. Szczególnie wielkim echem odbiła się popełniona w nocy z 8 na 9 sierpnia 1969 r. zbrodnia, w której zabili między innymi będącą w dziewiątym miesiącu ciąży aktorkę Sharon Tate, żonę Romana Polańskiego, a także cztery inne osoby. Ostatecznie to ta zbrodnia (przepraszam za powtarzanie tego samego słowa, ale tylko ono wystarczająco oddaje charakter ich czynów) sprawiła, że banda Mansona "wpadła". A i tak stało się to trochę przez przypadek - zadecydował zbyt długi kobiecy język jednej z morderczyń. W styczniu 1971 roku zapadł wyrok skazujący. Manson i jego banda mieli naprawdę ogromne szczęście, że dzięki okolicznościom prawnym (brak kary śmierci w tym czasie i miejscu - Kalifornii) zostali skazani nie na karę śmierci, tylko na dożywocie. Dostali czas na nawrócenie, niestety, nikt z nich jak dotąd nie wyraził skruchy.



Szymon Hołownia w swojej książce "Monopol na zbawienie" pisze, że Manson "owinął sobie wokół palca ówczesne Hollywood (...), fundując ludziom toksyczną sałatkę z elementów chrześcijańskiej terminologii. Uważał się za Chrystusa, co nie przeszkodziło mu uważać się też za diabła; dołożył do tego koktajl satanizmu, pogańskich wierzeń, nazizmu, seksualnych obsesji, indiańskich mitologii oraz piosenek Beatelsów". Kobiety, w dodatku bardzo atrakcyjne i z dobrych rodzin, do niego lgnęły, miał u nich ogromne powodzenie. Nawet pod koniec życia, w więzieniu, miał oddaną mu ukochaną. Czy nie jest dziwne to, że taki zły człowiek, w dodatku kurdupel (miał niewiele ponad 1,5 m wzrostu) miał tak wielkie powodzenie u kobiet? Nie, jeśli weźmie się pod uwagę aspekt hipnotyczny, a nawet demoniczny.

W tym miejscu dochodzę do pytania, które zadałem w tytule: kim on był? Z tych czterech opcji jedynym, kim moim zdaniem on nie był, to nie był chorym psychicznie. Na pewno był psychopatą i mistrzem psychomanipulacji (psychopaci niestety mają wielkie zdolności w tym kierunku). Bardzo możliwe, że był również opętany, czego zewnętrznym znakiem mogła być na przykład swastyka, którą miał na czole, a także "obłąkane" oczy.

Zgadzam się z Szymonem Hołownią, że każdy, kto dziś fascynuje się Charlesem Mansonem i uważa go przede wszystkim za ikonę popkultury, a może nawet za wzniosłego rycerza ciemnych sił, jest po prostu głupi.




piątek, 17 listopada 2017

7 lat bez szpitala :-)

Dziś (17 listopada 2017) mija siedem lat od mojego ostatniego wyjścia ze szpitala psychiatrycznego. Radość jest dla mnie tym większa, że w tym czasie nie byłem również pacjentem żadnego szpitala innego rodzaju.

7 lat to 84 miesiące i 2557 dni.

Kiedy w 2010 roku wychodziłem ze szpitala (IPiN na ul. Sobieskiego w Warszawie), naprawdę nie spodziewałem się, że tak długo utrzymam na tyle dobry stan zdrowia psychicznego, że nie będę musiał iść do szpitala. Wcześniej kryzysy zdarzały się niestety bardzo często. Odkąd choruję, jest to zdecydowanie najdłuższy czas bez szpitala, zdecydowanie najdłuższa i najlepsza remisja. Chwała Panu!

P.S. Przez ten czas osiągnąłem pewne sukcesy związane z życiem w społeczeństwie i aktywnością życiową. Nie chcę jednak przynudzać i dlatego tylko informuję, że ich szczegółowy opis znajdzie się w 45 numerze "Alternatywy" (link na górze strony).


poniedziałek, 9 października 2017

Zdjęcia z Cypru 1-8 października 2017

Oto kilka zdjęć z wyjazdu na Cypr :-) . Byliśmy w miejscowości Agia Napa, na wschodzie wyspy. Cieszę się, że mogłem trochę zżyć się z chrześniakami, choć momentami było ciężko... Pozdrawiam :-)







niedziela, 20 sierpnia 2017

Przełom Życia - Barycz 2017

Witam po długiej przerwie. W końcu pojawił się pomysł i chęć na nowego posta :-) .  Dziś chciałbym napisać o pewnym wydarzeniu. Otóż, w dniach 6-12 sierpnia br. wziąłem udział w "Przełomie Życia". Jest to inicjatywa protestancka, ale katolicy są jak najbardziej mile widziani. Miało to miejsce w Baryczy koło Końskich (województwo świętokrzyskie).

Nie ukrywam, że jako katolik miałem poważne obawy, że będzie tam miażdżąca krytyka katolicyzmu, a może też, że spotkam się z odrzuceniem z powodu "innowierstwa". Te obawy zupełnie się nie potwierdziły, bo zdecydowana większość posługujących i uczestników odnosiła się do KK wręcz z sympatią. Poza tym, już dawno nie czułem się tak dobrze jak tam. Dlaczego? Bo zostały tam spełnione moje wszystkie podstawowe potrzeby, zarówno te fizyczne, psychiczne, jak i duchowe. Fizyczne, bo uczestniczyłem w porannej gimnastyce, grałem w pingponga i ogólnie miałem dużo ruchu. Psychiczne, bo czułem się bezpiecznie, czułem się akceptowany, wręcz kochany, miałem umacniane poczucie własnej wartości, a także widziałem, że robię dla siebie i innych coś sensownego i potrzebnego. Wreszcie duchowe, bo umocniłem więź z Bogiem poprzez: indywidualną i wspólnotową modlitwę, czytanie Pisma Świętego, cieszyłem się też, że wszyscy możemy sobie nawzajem służyć, i w tym w sposób szczególny odnalazłem Boga.

Turnus trwał dwa tygodnie, ale byłem tylko pierwszy tydzień, bo pojechałem do Warszawy na chrzest siostrzeńca. 15 sierpnia po raz drugi zostałem ojcem chrzestnym, a dzień później wróciłem do Zakopanego, skąd piszę ten tekst. Dodam, że oprócz mnie był w Baryczy jeszcze jeden katolik, a w sumie było kilkanaście osób (w tym dziesięcioro uczestników takich jak ja).

Szczególnie dziękuję mojemu przyjacielowi, Krzysztofowi, za to, że zachęcił mnie do tego pobytu i że wspierał mnie rozmową zawsze, kiedy tylko tego potrzebowałem.

Jaki ma to związek z moją chorobą? Otóż, nie da się ukryć, że "Przełom Życia" to program skierowany w znacznej mierze do osób mających problemy psychiczne. Przede wszystkim program zajęć (tak zwanych rund) został ułożony w dużym stopniu pod takich ludzi. Kilkoro spośród moich przyjaciół na tym turnusie miało chorobę psychiczną, niektórzy na pewno też schizofrenię. To było piękne połączenie terapii psychologicznej i psychiatrycznej z pielęgnowaniem wiary w Trójjedynego Boga!

czwartek, 5 stycznia 2017

Grupy objawów schizofrenii 5/5 - objawy dezorganizacji

Najczęstszymi objawami dezorganizacji psychicznej są formalne zaburzenia myślenia i dezorganizacja zachowania.

Formalne zaburzenia myślenia. Ludzie z objawami schizofrenii mogą mieć kłopoty z jasnym myśleniem, czasami mogą mieć problemy w zrozumieniu tego, co mówią do nich inni ludzie, albo też ich wypowiedzi mogą stać się trudne do zrozumienia. Może im to okresowo utrudniać uczenie się czy rozwiązywanie problemów.

Dezorganizacja zachowania. W przebiegu schizofrenii dojść może do dziwnych zachowań u chorych, np. dziwacznych gestów, pobudzenia czy spowolnienia ruchowego.

poniedziałek, 2 stycznia 2017

kryzys psychiczny 2010

W 2010 roku miałem ostatni (jak dotąd) kryzys psychiczny w życiu.

Jedną z konsekwencji "Kryzysu 2005" było to, że od jesieni 2005 r. zacząłem chodzić do Środowiskowego Domu Samopomocy "Słoneczny Dom". Przez cztery lata miałem ustabilizowany stan zdrowia. Jednak w 2009 roku doznałem "olśnienia" (przyczynił się do tego nienaturalnie podwyższony poziom nastroju). Stałem się dużo bardziej aktywny niż wcześniej - zacząłem robić wiele różnych rzeczy, na czele ze zdaniem Centralnego Egzaminu Wstępnego na studia geograficzne na UW. Bardzo schudłem, co samo w sobie było zjawiskiem pozytywnym, choć wynikało z psychozy. Popełniłem błąd w postaci odejścia ze Słonecznego Domu. No i niestety stopniowo zacząłem odstawiać leki. Po zupełnym odstawieniu dość szybko zorientowałem się, że to zły pomysł, ale było już za późno. Pod koniec 2009 roku przez blisko 2 miesiące byłem w szpitalu na Sobieskiego.

To był bez wątpienia kryzys, ale tylko średnio ciężki. Gorsze rzeczy działy się w roku następnym, czyli 2010. Przez pierwsze cztery miesiące tego roku pracowałem w Ekonie (mogłem legalnie pracować, bo nie byłem uczestnikiem zajęć w Słonecznym Domu). Od początku maja zacząłem jednak "zjeżdżać w dół", a po pewnym czasie doliczyłem się pięciu przyczyn, które spowodowały stres i tym samym pogorszenie stanu psychicznego. Po pierwsze, pod koniec 2009 roku wyszedłem ze szpitala niedoleczony, po drugie, miałem stres w pracy, z której zresztą zrezygnowałem, po trzecie, mocno przeżyłem tragedię w Smoleńsku, po czwarte, tata bardzo ciężko zachorował, i po piąte, zmarła ostatnia babcia.

To, że przestałem brać leki, było moim zdaniem tak naprawdę konsekwencją, a nie przyczyną kryzysu psychicznego.

Miałem bardzo bogate urojenia i głosy. Nie będę tu wszystkiego opisywał, Napiszę tylko, że najistotniejszym dodatkiem w stosunku do tego, co było we wcześniejszych kryzysach, było pojawienie się "wyśnionej ukochanej". Swoje uczucia ulokowałem w jednej z gwiazd piosenki i oczywiście byłem przekonany, że ona też mnie kocha. Wolę nie podawać jej nazwiska. To na pewno nie jest oczywiste dla każdego, więc podkreślę, że te urojenia zakochania były połączone, "pomieszane" z występującymi już wcześniej urojeniami wielkościowymi, posłanniczymi.

13 czerwca 2010 roku wieczorem zabrano mnie karetką z domu do szpitala. W samym szpitalu zachowywałem się bardzo dziwnie, miałem bardzo złe relacje z innymi pacjentami, co wynikało zapewne z silnej psychozy i manii dysforycznej. Szczególnie źle układało mi się z panem Markiem. Skarżyłem się, że nie mogę z nim wytrzymać i się go po prostu boję (był bardzo agresywny, a ja z nim "zadarłem"). Pewnego razu zaatakował mnie, a ponieważ zacząłem krzyczeć, obaj trafiliśmy w pasy. Ostatecznie panie lekarki zgodziły się przenieść mnie na oddział otwarty (nie wiem jakim cudem, bo byłem w bardzo złym stanie).

Na otwartym oddziale F10 przebywałem od 1 lipca do 12 sierpnia. Znowu zadarłem z większością pacjentów. Wypisałem się na własne żądanie, kiedy na oddział trafił pan Marek, którego nienawidziłem i którego się bałem. Lekarki jednak słusznie przewidziały, że niedługo znowu trafię do szpitala, bo cały czas byłem w bardzo złym stanie (chociaż mi samemu wydawało się, że jestem w bardzo dobrym stanie).

14 września moja pani doktor uznała, że muszę iść do szpitala. Tego samego dnia tam trafiłem. Podczas tego pobytu mania ostatecznie przerodziła się w depresję, i to ciężką. Jeszcze spotkałem osoby, z którymi w lecie byłem na oddziale F10, i usłyszałem gorzkie słowa o tym, jak mnie wtedy odbierano. Koleżanka powiedziała m.in., że "teraz (tzn. we wrześniu 2010) czuję się wyraźnie dużo lepiej niż w wakacje", bo "wtedy wszystkim przeszkadzałem". Było to dla mnie szokiem, bo myślałem, że w wakacje było bardzo dobrze, a w momencie, gdy ona to powiedziała, o wiele, wiele gorzej.

Październik to był po prostu koszmar: totalna deprecha, liczne myśli samobójcze, silne środki uspokajające i praktyczne cały miesiąc spędzony na zamkniętym oddziale. Pod koniec miesiąca sytuacja zaczęła się wreszcie trochę normować.

Listopad był już lepszy, objawy zaczęły ustępować. Dużo czasu spędziłem w tym miesiącu na przepustkach, aż wreszcie 17 listopada 2010 roku definitywnie opuściłem szpital. Remisja była w tym momencie niepełna, ale, ponieważ regularnie brałem leki i pod koniec roku (po półtorarocznej przerwie) wróciłem do Słonecznego Domu, stan zdrowia systematycznie mi się poprawiał. Rok 2011 i co najmniej kilka kolejnych zapiszą się w moim życiu jako czas ustabilizowanego stanu zdrowia i nastroju. Pomaga w tym na pewno branie leków (bardzo mi pasują Solian i Depakina) i terapia w Słonecznym Domu (choć mógłbym z niej więcej korzystać). Już 6 lat i półtora miesiąca nie byłem w szpitalu - to stan na dzień dzisiejszy. W maju 2016 roku przeżyłem rodzinną tragedię, a mimo to stan zdrowia nie uległ znacznemu pogorszeniu. W miarę możliwości staram się cieszyć życiem. Mam też poczucie, że pomaga mi wiara w Boga oraz zaangażowanie, zarówno indywidualne, jak i wspólnotowe, w sprawy związane z wiarą chrześcijańską.

środa, 28 grudnia 2016

Grupy objawów schizofrenii 4/5 - objawy kognitywne (deficyty poznawcze)

Objawy kognitywne obejmują: trudności z koncentracją i pamięcią, tj. zaburzenia uwagi, spowolnienie procesów myślowych, pamięci, zaburzenia postrzegania społecznego oraz anozognozję (brak świadomości choroby i zaprzeczanie jej).

Nie musi to jednak oznaczać, że u chorych dochodzi do obniżenia inteligencji czy niemożliwości kontynuowania nauki.

Najczęstsze z deficytów poznawczych to zaburzenia koncentracji, pamięci, a szczególnie pamięci operacyjnej (niezbędnej dla procesów planowania i realizowania codziennych czynności).

Leki przeciwpsychotyczne drugiej generacji zwykle pozytywnie wpływają na funkcje poznawcze.

poniedziałek, 26 grudnia 2016

kryzys psychiczny 2005

Teraz opowiem o drugim z trzech wielkich kryzysów psychicznych w moim życiu. Uważam (i nie jestem w tym odosobniony), że był to kryzys najcięższy.

W 2004 roku sytuacja wydawała się już być unormowana po kryzysie z roku 2002. Zmieniono mi z powrotem diagnozę na nerwicę, zdałem w maju maturę, świetnie zdałem egzaminy na studia. We wrześniu zacząłem spotykać się z dziewczyną. W październiku zacząłem studia. Niestety, choroba znowu dała o sobie znać. Zacząłem się coraz gorzej czuć. Najpierw rzuciłem studia, potem rozpadł się związek. Na domiar złego zostałem okradziony, w wyniku czego miałem na głowie dużo formalnych spraw związanych z wyrabianiem nowych dokumentów. Pod koniec 2004 roku rzuciłem leki. Przez parę miesięcy mój stan zdrowia systematycznie się pogarszał, aż w drugiej połowie lutego 2005 roku zacząłem robić bardzo dziwne rzeczy. Do dotychczasowych urojeń doszło przede wszystkim następujące: jestem prorokiem, to nie nowość, ale jestem Eliaszem. Toczyłem naprawdę interesujące rozmowy z moimi głosami, które interpretowałem jako anioły lub diabły.

22 lutego wieczorem wyszedłem z domu. Chciałem dotrzeć do mojego "narodu wybranego", do Laosu. Ta noc była koszmarem dla mojej rodziny. W trakcie tej nocy robiłem bardzo dziwne rzeczy, myślałem, że jestem torturowany i prześladowany i że to wszystko trwa trzy lata, a trwało "tylko" kilkanaście godzin. Ostatecznie jakimś cudem trafiłem do domu. Przyjechała policja, potem pogotowie. Zostałem zabrany do szpitala.

23 lutego. W szpitalu początkowo nie wiedziałem, co się dzieje. Po dobrych kilku godzinach wpadłem w psychotyczny szał, kopnąłem chyba trzy osoby. Oczywiście trafiłem w pasy. Dostałem kilka zastrzyków i po kilkunastu godzinach zostałem oswobodzony.

Z tego, co było przez następne dwa tygodnie, prawie nic nie pamiętam. Wiem, że byli jacyś bardzo życzliwi wolontariusze - siostra zakonna i dwoje świeckich, którzy bardzo mnie podnosili na duchu i oczywiście pomagali w higienie. Jestem im bardzo wdzięczny za całe dobro, którego od nich doświadczyłem.

Później bardzo szybko zaczął mi się polepszać stan zdrowia i zaskakująco szybko, bo już 13 kwietnia, zostałem wypisany ze szpitala. Oczywiście na trwałe ustalono, że jestem chory na schizofrenię (paranoidalną).

Rodzaje urojeń ze względu na treść. Jak było/jest z nimi u mnie?

W tym poście przedstawię rodzaje urojeń ze względu na treść. Jest jeszcze podział ze względu na strukturę, który jest mniej ciekawy i którym nie będę się tu zajmować. Jeśli ktoś z Was nie będzie rozumiał, na czym dane urojenia polegają, polecam przydatne linki (jest tam też o podziale ze względu na strukturę):

https://pl.wikipedia.org/wiki/Urojenia 

https://portal.abczdrowie.pl/urojenia

Do każdego rodzaju dodam osobistą refleksję, jak intensywnie u mnie występował. Oczywiście nie są to wszystkie rodzaje urojeń (może ich być właściwie nieograniczona liczba), przedstawiam te najczęściej spotykane. Listę zaczerpnąłem w większości z kultowej książki "Schizofrenia" prof. Antoniego Kępińskiego.

urojenia ksobne (odnoszące) - chyba dość sporo, choć trudno rozróżnić, kiedy zostaje przekroczona granica

urojenia prześladowcze - wcale nie tak dużo, jak na najczęściej występujący u ludzi rodzaj urojeń

urojenia pieniacze - nie przypominam sobie

urojenia depresyjne (grzeszności i winy, nihilistyczne, katastroficzne itp.) - bardzo dużo, zwłaszcza w późniejszym okresie choroby, dziś też się zdarzają

urojenia wielkościowe, posłannicze, misyjne - też bardzo dużo, do dziś się z tego do końca nie wyleczyłem

urojenia wynalazcze - może trochę

urojenia miłości (zakochania) - o dziwo tak, choć podobno są typowe dla kobiet

urojenia "cudownego dziecka" - nie mam dzieci, więc nie

urojenia hipochondryczne - częstotliwość średnia

urojenia bogactwa lub biedy - nie

urojenia oddziaływania (wpływu) - niestety bardzo często je miałem, chyba się do końca nie wyleczyłem

urojenia owładnięcia - rzadziej niż wpływu, ale też się zdarzały

urojenia zniekształcenia ciała (dysmorfofobia) - dawno temu miałem epizod

urojenia interpretacji (zdrady, ciąży, opętania itp.) - z trójki wymienionej w nawiasie: zdrady nie, bo tylko raz krótko byłem w związku, ciąży też nie (choć mój kolega miał!), za to opętania bardzo dużo (do dziś biorę poważnie pod uwagę, że jestem może nie opętany, ale na pewno zniewolony przez złe duchy)

urojenia podstawienia - epizodycznie, jako pomieszane z urojeniami zakochania



niedziela, 25 grudnia 2016

Grupy objawów schizofrenii 3/5 - objawy afektywne

Osoby cierpiące na schizofrenię przeżywają, zwłaszcza na początku schizofrenii, stany zaburzeń nastroju, szczególnie okresy depresji. Objawy takich depresji nie różnią się znacznie od objawów depresji w innych zaburzeniach psychicznych.

Chorzy mają więc uczucie przygnębienia, są ciągle zmęczeni, mają niskie poczucie swojej wartości, uważają się za gorszych od innych ludzi czy wreszcie: mogą podejmować próby samobójcze.

Zdarzają się też okresy manii, które charakteryzują się występowaniem podwyższonego bądź drażliwego nastroju.

Grupy objawów schizofrenii 2/5 - objawy negatywne (ubytkowe)

Termin "objawy negatywne" nie oznacza ich negatywnego wpływu na funkcjonowanie chorego, ale to, że są to fenomeny psychiczne niejako „odjęte” z funkcjonowania psychicznego ludzi zdrowych.

Do objawów negatywnych zalicza się: zblednięcie emocji, zmniejszenie motywacji, zobojętnienie emocjonalne i lakoniczność wypowiedzi.

Zblednięcie emocji. W przebiegu schizofrenii może dochodzić do trudności w przeżywaniu i wyrażaniu swoich uczuć czy też do kłopotów z natychmiastowym rozumieniem uczuć innych ludzi. Niektóre chore osoby mają problemy w opowiedzeniu innym o swoich przeżyciach, zwłaszcza realnych.

Zmniejszenie motywacji. Osoby z objawami schizofrenii mają czasami trudności w zaczynaniu lub kończeniu niektórych czynności. W krańcowych przypadkach mogą oni mieć problemy w codziennych czynnościach, takich jak ubieranie się, mycie czy przygotowywanie sobie jedzenia.

Zobojętnienie emocjonalne. Osoby ze schizofrenią mogą tracić zainteresowanie sprawami, które dawniej sprawiały im przyjemność. Mogą również czuć się mało warte lub niepotrzebne. Tego typu sądy mogą prowadzić do myśli czy nawet prób samobójczych.

Lakoniczność wypowiedzi. U niektórych osób schizofrenia powoduje niechęć do mówienia – maleje ilość wypowiedzi spontanicznych, stają się one krótkie, bardzo konkretne, tracą swój wymiar opisowy.

kryzys psychiczny 2002

Trzy razy w życiu odwożono mnie karetką do szpitala psychiatrycznego. Do dziś pamiętam daty: 6 września 2002, 23 lutego 2005, 13 czerwca 2010. W tym poście opowiem o pierwszej z tych "przygód".
Już w 2000 roku stwierdzono, że mam zaburzenia psychiczne, a 2 maja 2001 roku po raz pierwszy trafiłem do szpitala. Byłem leczony na depresję, lęki, później na natręctwa. Podobno te leki mogły przyspieszyć nadejście psychozy.
Już wiosną 2002 roku byłem bardzo nakręcony, zaczynało mnie ogarniać poczucie wielkości, a na wakacjach tego roku w Zakopanem totalnie "odjechałem". Miałem omamy, nie tylko słuchowe, ale też np. węchowe, no i urojenia, przede wszystkim wielkościowe, posłannicze, misyjne. Uważałem, że jestem prorokiem. Wcześniej nie byłem zbyt religijny, a teraz stałem się wręcz nadmiernie, chorobliwie pobożny. Co ciekawe, od tamtej pory do dzisiaj religijność mi nie zniknęła, ale obecnie, w remisji, zachowuję umiar. Wracając do wydarzeń z roku 2002, pojawiły się między innymi takie myśli: 1) jak już wspomniałem, jestem prorokiem i mam misję, 2) apokaliptyczne Bestia i Fałszywy Prorok to Dante Alighieri i Jan Sebastian Bach, 3) apokaliptyczna Wielka Nierządnica to Stany Zjednoczone, 4) "śmiertelny cios Bestii, po którym ona ożyła" zadał albo Krzysztof Kolumb, albo Mikołaj Kopernik. Wszystko kręciło się wokół tych twierdzeń. Z każdym dniem byłem coraz bardziej oderwany od rzeczywistości. Skończyły się wakacje. Od początku września trafiłem do nowej szkoły. To był dodatkowy stres. W piątek, 6 września, ostro "narozrabiałem" i prosto ze szkoły zostałem zabrany karetką do szpitala. Tego samego dnia (już w szpitalu) z powodu agresywnego zachowania trafiłem w kaftan.
Później sytuacja się uregulowała, po kilku dniach zostałem przeniesiony z oddziału dla dorosłych na młodzieżowy. To, co się stało, zmieniło jednak w sposób nieodwracalny moje życie.
Przy wypisie nie miałem jeszcze diagnozy "schizofrenia", ale parę miesięcy później, przy kolejnym pobycie w szpitalu, lekarz po raz pierwszy napisał "rozpoznanie - schizofrenia". To był jeszcze 2002 rok. Miałem 18 lat.

czwartek, 22 grudnia 2016

Ostatnie (obiecuję) zdjęcia z Wysp Kanaryjskich




Nie ma co, lansuję się ;-)

P.S. Wszelkie wartościowe komentarze są bardzo mile widziane. Jeśli jakiś się pojawi, postaram się na niego odpisać.

Grupy objawów schizofrenii 1/5 - objawy pozytywne (wytwórcze)

Domyślam się, że z czasem będę miał coraz więcej tekstów osobistych (jeśli się nie zniechęcę), ale na razie zamierzam też pisać ogólnie o tej chorobie. Otóż, objawy schizofrenii dzielą się na pięć grup. Pierwsza i najbardziej znana z nich to grupa objawów pozytywnych, czyli wytwórczych. Dzisiaj kilka zdań o nich.

Termin "objawy pozytywne" oznacza nie ich pozytywny wpływ na funkcjonowanie chorego, lecz to, że są to fenomeny psychiczne, których nie ma u ludzi "zdrowych", są, można powiedzieć "dodane" do aktualnego funkcjonowania psychicznego chorego.

Są to np. urojenia, czyli fałszywe sądy oparte na błędnych wnioskach dotyczących zewnętrznej rzeczywistości, utrzymujące się pomimo jednoznacznych dowodów, które im w jednoznaczny sposób zaprzeczają. Jeśli starczy mi zapału, to kiedyś może przedstawię rodzaje urojeń.

Są to też omamy, halucynacje, "głosy", które polegają na postrzeganiu przedmiotów będących w istocie wytworem umysłu jako przedmioty realne. Halucynacje mogą dotyczyć wszystkich zmysłów (słuchowe, wzrokowe, węchowe, smakowe, dotykowe), jednak najczęstsze są słuchowe. Omamom zazwyczaj towarzyszą spójne treściowo urojenia.

Następnym razem opiszę objawy negatywne (ubytkowe), a w kolejce jeszcze czekają objawy afektywne, kognitywne (poznawcze) oraz objawy dezorganizacji.

Czy czuję się stygmatyzowany?

Jedną z największych przeszkód, by otwarcie mówić i pisać o tym, że choruje się psychicznie, jest obawa przed tym, że zostanie się z tego powodu odrzuconym, wyśmianym, uznanym za gorszego. Człowiek boi się utraty znajomych, przyjaciół. Jeśli już człowiek się odkryje, w niektórych przypadkach te obawy się potwierdzają, a w innych nie.
Jeśli chodzi o mnie, to spotkałem się w życiu z dużą wyrozumiałością i życzliwością, choć zdarzały się i komentarze w stylu "Po co o tym gadasz?", gdy mówiłem o swojej chorobie. Dziś mam poczucie, że byłem i jestem trochę za mało ostrożny, bo wprawdzie rzadko ludzie mówią wprost o swojej niechęci, ale na pewno dużo częściej różne przykre rzeczy sobie myślą i zapewne też obgadują za plecami. Chociaż nie wiem, może taki mój pogląd wynika z nastawień ksobnych...
Inna sprawa jest taka, że powszechną tendencją u osób chorujących psychicznie jest tak zwana auto-stygmatyzacja, czyli my sami uważamy siebie za gorszych, mniej wartościowych od tzw. "zdrowych". Także u siebie ją dostrzegam. W tej kwestii trochę pomogły mi: wyjazd edukacyjny z Fundacją eF Kropka, a także konferencje zorganizowane przez Polski Instytut Otwartego Dialogu (gość specjalny - Dan Fisher) oraz przez Porozumienie na Rzecz Wspierania Osób Chorujących Psychicznie. Ostatnią konferencję zorganizowaną przez ten podmiot poprowadziły niemal w całości osoby chorujące psychicznie. Może jeszcze napiszę coś więcej o tej konferencji. Łącznie byłem na kilku konferencjach tego typu.
Naprawdę wlało to wiele otuchy do mojego serca!
To mój pierwszy post. Witam serdecznie :-). Będę tu pisał o schizofrenii zarówno w wymiarze ogólnym, jak i osobistym. Na dobry początek - kilka frapujących faktów o schizofrenii.

1. Schizofrenia to nie jedna choroba, tylko tak naprawdę grupa chorób (dla uproszczenia będę to jednak nazywał jedną chorobą).
2. Najczęstsze krzywdzące stereotypy na temat takich osób - a) że głupi i b) że niebezpieczny.
3. 10 procent osób chorujących na schizofrenię kończy swoje życie samobójstwem.
4. Egotyzm (czyli nadmierne skupienie na sobie) to cecha charakterystyczna dla tej choroby.
5. Gdy oboje rodzice są na to chorzy, szansa, że dziecko też będzie chore, wynosi mniej więcej pół na pół.
6. Nagły i ostry początek choroby jest korzystniejszy niż początek powolny ("podstępny").

I jeszcze parę zdjęć z mojego niedawnego wyjazdu na Fuerteventurę (jedna z Wysp Kanaryjskich):